Autostop,  Mołdowa

Welcome to Moldova

Któregoś zimowego wieczoru, kiedy za nic w świecie już nie mogłam patrzeć na książki, otworzyłam jak zwykle w takich chwilach Google Maps i zaczęłam swoją wirtualną podróż po Europie. Jadąc coraz bardziej na wschód, uświadomiłam sobie, że w po drodze na Krym (na który swoją drogą, bardzo chciałabym się wybrać), leży Mołdawia – kraj, który jest bardzo blisko, ale o którym – wstyd się przyznać – w zasadzie nic nie wiem. Ze szkoły pamiętałam oczywiście ten fragment mapy, bo o wielkie mołdawskie rzeki przecież i nasi królowie walczyli, ale o współczesnej Mołdawii, a w zasadzie Republice Mołdowy, nie miałam pojęcia. Jak to zwykle robię w takich chwilach – odpaliłam KoniecŚwiata.net, moje ulubione źródło szybkich, podstawowych informacji i wtedy okazało się, że to maleńkie państewko, to chyba jedyne w Europie, które się jeszcze nie doczekało swojego opisu. Moja ciekawość została rozbudzona. Oto bowiem pojawiła się okazja, by pojechać do naprawdę nieodległego kraju, o którym w zasadzie wiele dowiedzieć się łatwo nie można, a to stanowi zapowiedź fascynujących wakacji.

Wyświetl większą mapę
Trasa naszego tripu w Mołdowie.

Już nie pamiętam kiedy, ani w jaki sposób, ale przy jakieś okazji zagadnęłam Maćka o Mołdawię. On po wschodzie sporo jeździł i wiedziałam, że kto jak kto, ale on coś wiedzieć powinien. Nie pomyliłam się. Był już w tamtych stronach i co nieco o kraju wiedział. Zaczęłam go więc namawiać na powrót w tamte strony, a do tego na dorzucenie do planu Krymu. On chyba sam nawet nie wie, kiedy się zgodził, a pod koniec czerwca zupełnie przypadkowo zgadaliśmy się już w szóstkę na taki trip. Okazało się wprawdzie, że na Krym czasu nam nie starczy, ale że już wiedzieliśmy, że pojawiła się wyjątkowa okazja przejścia w Karpatach Marmaroskich, dosyć spontanicznie wykreśliliśmy kółko od Karpat Wschodnich, przez Mołdawię po Rumunię. Tak zrodził się pomysł tej wschodniej wycieczki.

Dlaczego właśnie tam? Zdawałam sobie sprawę, że Mołdawia (a może w zasadzie pisać należałoby Mołdowa, by nie mylić dzisiejszej Republiki z krainą historyczną, która przecież i w Rumunii się rozciąga) to nie jest kraj wielkich zabytków, wspaniałej architektury, ani porywającego krajobrazu. Wiedziałam, że nie ma tu wysokich gór, a stolica nie słynie z żadnej spektakularnej katedry. Jednak świadomość, że mogę poznać wschodni kraj trochę mniej znany, a zarazem wciąż bliski i bezpieczny, kraj o którym naprawdę chciałabym się czegoś dowiedzieć, skoro Internet i przewodniki skąpią informacji, wystarczyła. A na dodatek Mołdawia to kraj wina, argumentów było pod dostatkiem.

Do Mołdowy postanowiliśmy jechać prosto z Marmaroszy, po drodze jeszcze odwiedzając Czerniowce, o których jeszcze z chęcią napiszę, bo stolicy Bukowiny nie należy pozostawiać bez komentarza. Ponieważ nasza trasa była dla do samego końca niewiadomą i postanowiliśmy obierać kierunki spontanicznie, tak więc do momentu dojechania do Czerniowiec nie mieliśmy zbyt poważnych planów co do miejsca, w którym przekroczymy mołdawską granicę. Ponieważ w Czerniowcach nasza ekipa podzieliła się na dwie części i spaliśmy w dwóch różnych miejscach, komunikacja była utrudniona. Nie wiedziałam wtedy, że Maciek zaplanował już przekroczenie granicy w Mamałydze i wybrałam losowo na mapie miejscowość Sokryjany, prosząc naszego gospodarza, by sprawdził, ile marszrutek i o jakiej porze tam kursuje. Dopiero kilkanaście godzin później, na dworcu w Czerniowcach, gdy przyszło nam kupować bilety, pomyłka wyszła na jaw. Okazało się, że ja pomyślałam o zupełnie innym przejściu granicznym niż Maciek, co gorsza – znacznie oddalonym od Czerniowców i na dodatek nie wiadomo, czy dostępnym dla ruchu pieszego. Wyniknęło spore zamieszanie, marszrutka do Sokyrjan prawie już odjeżdżała, ta do Mamałygi odchodziła dla nas zbyt późno, jedni kierowcy nerwowo nas namawiali na drogę do Sokyrjan, inni stanowoczo odradzali, jeszcze inni kazali jechać do Nowosielców i tam łapać coś w stronę granicy – mówiąc krótko: totalny chaos. Ja sama już nie wiedziałam, co robić. Nasz gospodarz jeszcze nerwowo na dworcu przestrzegał nas przed wyborem Sokyrjan, mówił, że na granicy będą problemy. Wszystko jednak działo się tak szybko, że nie było czasu się zastanawiać, więc już po chwili resztki wątpliwości były nam wytrząsane z głów na wyboistej drodze wiodącej z Czerniowców do Sokryjan. Dogadaliśmy się z kierowcą i za trochę hrywien więcej zgodził się zawieźć nas do samej granicy. Całą drogę zastanawiałam się, czy podjęliśmy dobrą decyzję, wszak było już trochę późno i o jej zmianie nie bęzie już potem mowy, a nocleg w przygranicznej miejscowości gdzieś na dziko może być mało przyjemny, wiadomo, że w takich miejsach dobrze się trzymać od granicy jak najdalej. Maciek jednak mnie uspokoił stwierdzając, że skoro na wschodzie coś jest, to znaczy, że tak właśnie działa i że skoro do Sokryjan jechały aż cztery busy, a do Mamałygi jeden, to znakiem tego, że granicę w Sokyrjanach przekroczyć się da. Tej myśli się trzymałam i podziwiałam słoneczniki, ciągnące się za oknem po horyzont.

Dojechaliśmy do granicy w Sokyrjanach. Dookoła absolutne nic, pustka, pola, jedna droga, mały przygraniczy bar z bardzo ładną barmanką i przejście graniczne. Gdy nasza szóstka wysypała się z marszrutki, zdecydowanie wzbudziliśmy zainteresowanie pograniczników. Wyglądało na to, że od dawna nie było tu nikogo, a turystów plecakowych to w ogóle podziwiają po raz pierwszy. Chwila niepewności, pertraktacje z panią celnik, czy możemy przejść pieszo i chwilę potem dostajemy do paszportu po kolejnym pomarańczowym ukraińskim stempelku. Po mołdawskiej stronie celnicy witają nas salwą tradycyjnych pytań: “-Macie narkotyki? Trawkę?” -Nie – odpowiadamy. – A to szkoda – konstatuje pan celnik, szczerząc zęby. – Alkohol? – Nie. – Ale chyba coś piliście na Ukrainie? Co piliście? – No piwo, samogon… – A tak, tak, samogon – znów uśmiech. Dostajemy tym razem po zielonej mołdawskiej pieczątce z napisem “Ocniţa” i na pożegnanie panowie wskazują nam studnię, byśmy nabrali sobie z niej wody. Żegnają nas serdecznie i z uśmiechem. Ruszamy dalej pieszo, przed siebie, między polami słoneczników – to widok, który towarzyszył nam będzie przez wszystkie kolejne dni w Mołdawii.

Zastanawialiśmy się, co robić dalej. Był już wieczór, trzeba było rozglądać się za noclegiem. Wiedzieliśmy, że bardzo daleko nie dojdziemy, ale miłe przywitanie na granicy utwierdziło nas w przekonaniu, że może nie wpadniemy w kłopoty, nocując na dziko tak blisko granicy. Kiedy maszerując szosą, zatrzymujemy się na chwilę, bym mogła zabandażować moje obolałe kolano, nagle ze słoneczników wyskakuje dwójka pograniczników, uzbrojona z solidne giwery. Od razu legitymujemy się im paszportami, lecz po obejrzeniu jednego czy dwóch, tracą zainteresowanie. Jeden z nich, młody i sympatyczny, mówi po angielsku. Pytają nas o nasze plany. – Chcemy rano jechać do Soroki, a może i do Kiszyniowa. – A gdzie będziecie spać? – W namiotach. – mówimy bez ogródek. – A dzisiejszej nocy? – Też w namiotach. Tylko nie wiemy jeszcze gdzie. W tym momencie atmosfera z nieco poważnej, stała się całkiem luźna, a młody strażnik pokazał nam las, znajdujący się w pobliżu miasta i powiedział, że możemy się tam rozbić, bo jest ładne jezioro, byle tylko nie za blisko miasta. – Może Was odwiedzimy w nocy, ale tylko po to, by sprawdzić, czy u Was wszystko w porządku. Welcome to Moldova! – dorzucił na koniec i serdecznie uściskał dłoń każdemu z nas.

Takiego przywitania tu się nie spodziewaliśmy. Okazało się jednak szybko, że tak uprzejmie i otwarcie, jak potraktowali nas panowie na granicy, tak będą traktować nas i inni Mołdawianie. Pomaszerowaliśmy we wskazanym kierunku. Niebawem zobaczyliśmy jezioro, a w lasku – w którym nota bene toczyło się życie nocne lokalnej młodzieży – rozbiliśmy nasz obóz. Okolica była całkiem malownicza. Kiedy chłopcy poszli się kąpać do jeziora, przyprowadzili potem ze sobą kilku nastoletnich Mołdawian, którzy – jak to stwierdzili – chcieli zobaczyć i poznać turystów. Przywitaliśmy się i porozmawialiśmy chwilę, było wesoło, a kiedy chłopaki upewnili się, że nie zapalimy z nimi trawki, poszli dalej. My zadowoliliśmy się tego wieczoru kilkoma butelkami mołdawskiego wina.

Dworzec autobusowy w Soroce.

Rano skierowaliśmy się do centrum Ocniţy. Na lokalnych mieszkańcach turyści plecakowi robili spore wrażenie, widać nieczęsto tu takich spotykają. Idąc główną ulicą, między postsowieckimi gmachami i wiejskimi chałupami, docieramy na lokalny dworzec i w kilka minut znajdujemy się w marszrutce jadącej do Soroki. Tam właśnie postanowiliśmy się wybrać, by zobaczyć słynną twierdzę i w ogóle posmakować klimatu cygańskiego miasta, o którym pisał i Kapuściński, i Stasiuk. Szczerze mówiąc to z zachodniego powiedzmy punktu widzenia Soroka nie robi specjalnego wrażenia. Ani jako miasto, ani tym bardziej jej XVI-wieczna twierdza. Każdy, kto był raz w Niemczech, Francji czy Hiszpanii lepszą znalazłby w miejscowościach nawet niewspomnianych w przewodnikach. Ale nie po to przecież przyjechaliśmy do Mołdowy. Dla mnie celem tej podróży było zobaczenie nieznanego mi państwa, małego i trochę chyba zapomnianego, wraz ze wszystkimi jego atrakcjami – absolutnie w jego skali. I mimo, że sorocka twierdza to nie jest zabytek klasy zero, to jednak przyjazd tu był szalenie ciekawy, właśnie ze względu na ten lokalny koloryt, na ten wschodni klimat państwa pełnego miast, w których w zasadzie “nic nie ma” – nic nie ma z zachodniego punktu widzenia. Ze słusznego punktu widzenia jest w nich zaś atmosfera i czar, o którym zachód dawno już zapomniał.

Mamałyga – menu w Mołdawii przypomina to rumuńskie.
Mamałyga jest fajna, ale ta była niestety przekombinowana.
Słynna twierdza w Soroce.
Wnętrze twierdzy. Po lewej, jak widać, trwa sesja.
Słynne ekscentryczne domy cygańskie, widoczne na wzgórzu Soroki.
Prom na Dniestrze.

Jako że sorocka twierdza to największa atrakcja miasta, a my jesteśmy tu w sobotę, gdy ją zwiedzamy, w środku odbywają się aż dwie sesje ślubne młodych par. Mamy okazję przyjrzeć się trochę ślubnej modzie i znaczeniu słowa “przepych” po tej stronie Prutu. Gdy część z nas odpoczywa na murku nad Dniestrem, a część zwiedza cytadelę, przechodzi nagle pan z rybą tak wielką, że naprawdę takiej jeszcze nie widziałam. Chwilę temu wyłowił ją z potężnej rzeki, a ta wzbudziła zainteresowanie wszystkich znajdujących się w pobliżu – nas, panów szoferów od weselnych samochodów, młodych Romów żebrzących na schodach zamku. Dniestr – ta potężna rzeka tuż pod naszymi stopami. Nie tak dawno byliśmy w pobliżu jego karpackich źródeł, teraz zaś rzeka ta będzie nam towarzyszyć przez najbliższe dni.

Z Soroki chcieliśmy jechać dalej na południe. Zamarzył nam się nocleg nad Dniestrem, więc postanowiliśmy skierować się w stronę monastyru Saharna. Żadna marszrutka jednak nie jechała już w stronę Reziny, a to był interesujący nas kierunek. W końcu ktoś na dworcu doradził nam dojechanie do miejsca nazywającego się Rogojeni, gwarantując, że tam znajdziemy już jadącą z Kiszyniowa marszrutkę. Tak też zrobiliśmy. Szybko się jednak okazało, że to sobotni wieczór i naprawdę w Rogojeni nie ma nic, a już na pewno nie marszrutki w stronę Reziny, nie mówiąc już o Saharnie. Próbujemy łapać stopa, ale dla nas nie zatrzymuje się żadne z kilku ledwie aut, jadących tu w przeciągu kilku godzin, jedynie pop z żoną trafiają od razu jakąś okazję. My siedzimy, gramy w freezbie, w kalambury i planujemy nocleg w krzakach. Kiedy zrobiło się już zdecydowanie za późno, by mieć jeszcze jakikolwiek cień szans na transport tego dnia, uzbrojeni w butelki wina z stacyjki benzynowej (jedyne, co tu się tak naprawdę znajdowało), postanowiliśmy iść w pola, wnioskując z GPSa i mapy, że po przejściu jakichś 2-3 kilometrów dojdziemy nad Raut. Dzień ten wieńczy przepiękna tęcza, rozpięta nad naszymi głowami, gdy wędrujemy polem słoneczników. Docieramy nad rzekę, jej zakole okazuje się być szalenie malownicze. Staje się nam domem na tę noc.

Przystanek, na którym spędzamy naprawdę dużo czasu.
Tak, tyle mniej więcej przedstawia infrastruktura Rogojeni poza samym przystankiem.
Po prawej widoczna stacyjka benzynowa, bo nawet nie stacja.
W pola idziemy, szukać Rautu.
A tu nagle takie coś! Malownicze zakole Rautu
staje się naszym domem na tę noc.

Rano wracamy na przystanek w Rogojeni. Wygłupiamy się z freezbie przez kolejne kilkadziesiąt minut, ale widząc, że w niedzielę także nic tu nie pojedzie, decydujemy się jechać stopem do Orhei. I tak mieliśmy dotrzeć tam tego dnia, a póki co musieliśmy zrezygnować z myśli o monastyrze w Saharnie. Podzieleni na trzy grupki, w niedużych odstępach czasu lądujemy wszyscy na dworcu w Nowym Orhei, gdzie szybko okazało się, że stąd dojechanie do Saharny będzie znacznie łatwiejsze. Zdecydowaliśmy się więc wrócić prawie cały ten odcinek tylko po to, by znaleźć się trochę dalej na wschód. Znów przez kilkadziesiąt kilometrów podziwiamy pola słoneczników na trasie do Reziny. Tu panowie przerzucają nas z marszrutki do marszrutki i chwilę później jesteśmy już na drodze wiodącej do słynnego monasteru w Saharnie. Choć spóźnieni prawie o dzień, docieramy do pięknego wąwozu, położonego tuż nad Dniestrem. Spotykamy tu wielu pielgrzymów, którzy modlą się przy skalnych ścianach świątyni czy obmywają w świętym źródełku. Wszystko jest tu kolorowe, trochę odpustowe, ale zarazem magiczne i prawdziwe. W skalnych kaplicach, wydrążonych w skałach wąwozu, do których docieramy po kamienistych ścieżkach i wiszących mostach, modlą się pielgrzymi, wszystkim tu towarzyszy atmosfera głęboko przeżywanej wiary. Sprzyja temu tak bardzo malownicze położenie tego monastyru. Wydrapawszy się na skalny wierzchołek, podziwiamy monastyr z wysokości i Dniestr rozlewający się tuż obok.

Arbuz! Najlepszy na świecie! Orhei Nowe, czekamy na resztę docierającą tu stopem.
Zabudowania monastyru w Saharnie.
Skalne kaplice monastyru Saharna.
Kąpiel w świętej wodzie.
Widok na zabudowania monastyru i wąwóz z góry.
Po drugiej stronie Dniestr.

Choć bardzo kusi nas wizja dotarcia do Tipovej, do kolejnego monastyru, ze względu na późną porę i problemy z dojazdem, musimy z tego planu zrezygnować. Maszerując powoli w stronę Reziny i obskubując przydrożne drzewa z morwy, śliwek i jabłek, szczęśliwie łapiemy stopa dla całej naszej szóstki. Może to dlatego, że Olaf miał na głowie…wydrążonego arbuza i dzieciaki jadące w samochodzie, nie mogły od niego oderwać oczu i przestać się śmiać. Szkoda, że zapomniał go zdjąć, gdy wsiedliśmy już do rejsowego autobusu, jadącego do Kiszyniowa…

Wysiedliśmy znów w Nowym Orhei, by szybko przekonać się, że do monastyru w Starym Orhei już nic o tej porze dnia nie złapiemy. Bardzo nam jednak zależało na tym, by dostać się tam na nocleg, sama o niczym nie marzyłam tak, jak o noclegu w malowniczym zakolu Rautu. Zdecydowaliśmy się więc zapłacić za dwie taksówki i w ten sposób zdążyliśmy jeszcze na bajkowy zachód słońca przy monastyrze. Szczęście, że mołdawska waluta stoi słabo i mimo ograniczonego budżetu wyprawy mogliśmy sobie na to spokojnie pozwolić.

Orhei Vechi o zachodzie słońca.
Widok na zakole Rautu, nasz obóz w dole, a w tle widoczny monastyr.

Orhei przywitał nas bajkowym krajobrazem. Już po kilku pierwszych minutach wiedziałam, że to z pewnością najpiękniejsze miejsce Mołdawii. Malownicze zakole rzeki, urwista skała, a na tym wszystkim mały monastyr, błyszczący teraz w ciepłym świetle. Widok był piękny. Zaczęliśmy się rozglądać za dogodnym miejscem noclegu i wybór padł na zakole rzeki, w pobliżu stromych skał. Wieczór miał być wyjątkowy – znajdowaliśmy się w tych przepięknych okolicznościach natury, wyposażyliśmy się porządnie w mołdawskie wino, zaplanowaliśmy nawet ciepłą kolację na tę okazję. Rano zamierzaliśmy wstać późno i cały dzień cieszyć się tym magicznym miejscem, docierając do wszystkich jego zakamarków. Plan powiódłby się z pewnością, gdyby nie męska miłość do mięsa… Już wyjaśniam ten pokrętny związek.

Otóż panów w naszej ekipie nie zadowoliła do końca przygotowana przez nas makaronowa strawa z warzywami i sosem, zapragnęli białkowej wkładki, Olaf sięgnął więc po ostatni nasz zapas mięsa w postaci kiełbasy…Było już ciemno, a makaron stygł, dobierając się więc pospiesznie do kiełbasowego opakowania ciął mocno i bardzo głęboko w swój lewy kciuk… trysnęła krew i to naprawdę w ilościach dla mnie do tej pory niewidzianych. Z powodu krótkich okrzyków i przekleństw odwróciłam głowę z czołówką w tamtą stronę i zobaczyłam, jak z Olafowego kciuka pod ciśnieniem tryska krew. Tętniczka, sprawa była jasna. Wtedy okazało się, że na sześć osób, które przeszły szkolenie medyczne, sześć jest dosyć stremowana całą sytuacją. Jednak po chwilowym szoku udało nam się wspólnie opanować naprawdę mocny krwotok i Olaf spędził resztę wieczoru nie dość, że bez łyka wina, to jeszcze z lewą ręką uniesioną z triumfalnie zabandażowanym kciukiem do góry. Dobrze wiedzieliśmy, że trzeba to szyć, ale miał to nieszczęście, że dokonał swojego cięcia w możliwie chyba najbardziej odludnym z miejsc, w których w ostatnim czasie byliśmy, a o tej porze nocy mowy o transporcie nie było. Krócej więc mogliśmy cieszyć się rano pięknym Orhei, by pędzić do Kiszyniowa.

Grunt to pozostać w dobrym humorze!

Monastyr zrobił jednak na mnie wielkie wrażenie. Miejsce to naprawdę piękne i całe szczęście, że leży na wschodzie, gdzie nie obskakują go od samego rana tłumy turystów, bo gdyby było w którymś z krajów zachodnich, z całą pewnością tak by się stało. Z Maćkiem i Pawłem długo próbowaliśmy się dostać do słynnych grot, jednak nasze penetracje ściany skalnej z okienkami spełzły na niczym…Nie mieliśmy jednak czasu, żeby szukać dalej z uwagi na Olafowy palec. Jaka byłam nieszczęśliwa, gdy okazało się, że wejście znajduje się po drugiej stronie skały, pod dzwonniczką! Przeczytaliśmy to w przewodniku, chwilę po tym, jak zabrała nas marszrutka do Kiszyniowa. Nie mogę do teraz przeboleć tego faktu. Orhei pozostawił mi poważny powód, by tam wrócić.

Monastyr o poranku.
Wnętrza, do których nie udało nam się dotrzeć.

Zmęczona wydarzeniami poprzedniej nocy, usnęłam w kolebiącej się na dziurawej drodze marszrutce. Gdy się obudziłam, znalazłam się w zupełnie innym świecie – oto gwarny, ludny, pełny marszrutek i samochodów, brudny i absolutnie zanurzony w chaosie dworzec w Kiszyniowie. Nie wiem już teraz niestety który, bowiem jak okazało się potem, stolica Mołdowy ma ich cztery. Z dwóch na których byłam ten był jednak zdecydowanie bardziej “wschodni”, myślę, że w Indiach jest podobnie, tylko tak z 6 albo 7 razy bardziej. Szybko jednak musieliśmy się odnaleźć w tym zakręconym świecie trąbiących aut i wzbijanego w powietrze pyłu z szutrowej drogi, by dotrzeć do szpitala. Na szczęście dużo osób – od przypadkowego mężczyzny, poprzez panią sprzedającej pierogi po taksówkarza nam pomagało i niebawem znaleźliśmy się na izbie przyjęć: Olaf jako poszkodowany, Maciek jako tłumacz i ja jako wsparcie moralne. Choć szpital sprawiał wrażenie jakby czas się tu zatrzymał dobre 60 lat temu, to jednak kciuk został opatrzony profesjonalnie i szybko i w dwie godziny potem maszerowaliśmy już do parku, by spotkać się z resztą naszej ekipy.

Kiszyniowski łuk triumfalny i katedra.
Przydworcowe targowisko.
Poza pierogami z budy można tu zjeść też morską kapustę, czyli wodorosty – smakuje to
okropnie i śmierdzi akwarium, ale zawsze to coś z lokalnej kuchni.
Kiszyniowska architektura.

Nie nastawiałam się szczególnie na zwiedzanie Kiszyniowa. Czas w stolicy upłynął nam na niespiesznych spacerach na trasie park-targ. Wybraliśmy się bowiem na przydworcowe targowisko na zakupy i muszę przyznać, że chyba coraz bardziej zaczynam się odnajdywać w takich miejscach, o co wcześniej bym siebie nie podejrzewała. Moim głównym celem były tu pyszne, znane też nam z Ukrainy wielkie pierogi z kartoflami lub bryndzą, sprzedawane z reguły w najmniej budzących zaufanie budach, ciepłe, pachnące i zapewne cholernie niezdrowe. Zobaczyliśmy jeszcze kiszyniowski łuk triumfalny i kilka budynków rządowo-administracyjnych, zawieszonych gdzieś w stylistyce między socrealizmem a stylem pseudo-nowojorskim, po czym spędziliśmy dużo czasu w Parku Stefan Cel Mare, czekając na wyznaczoną godzinę spotkania z Victorem. Tak, ku mojemu zdziwieniu znalazł się gospodarz z CouchSurfingu, który sam zaprosił do siebie szóstkę Polaków. A jak okazało się chwilę później: szóstkę Polaków i jednego Kazacha. Kiedy stawiliśmy się o wyznaczonym czasie pod pomnikiem rzeczonego Stefana Wielkiego, miły człowiek o wschodniej aparycji, z plecakiem pomachał do nas i uśmiechnął się. Kiedy każdy z nas po kolei zapytał go, czy jest Victorem musiał się pewnie mocno zdziwić, ale szybko wyjaśnił, że nie, nie jest, nazywa się Mahouni i też czeka na Victora. Tej nocy w niewielkim kiszyniowskim mieszkaniu naszego gospodarza miała zmieścić się siódemka suferów i on. Odważny człowiek! – pomyślałam. Czekając na Victora bawiliśmy się wspólnie grą w freezbie. Stwierdzić muszę, że największą atrakcją turystyczną Kiszyniowa byliśmy my – nie dość, że sami jako turyści plecakowi naprawdę wzbudzaliśmy zainteresowanie ludności, to jeszcze kiedy w siódemkę zaczęliśmy się na środku placu bawić naszą grą, niektórzy nawet zaczęli nas zaczepiać. To było rewelacyjne popołudnie. Potem zjawił się Victor i zabrał nasze plecaki autem do swojego mieszkania, a my urządziliśmy sobie prawdziwy bieg do marszrutki 117, by dojechać do jego domu. Tam zaopatrzeni w piwo o nazwie “Kiszyniów” i mnóstwo naprawdę przepysznych mołdawskich cukierków, ruszyliśmy nad jezioro, by wspólnie spędzić ten wieczór. Ja zafascynowana słuchałam opowieści Mahouniego nie tylko o jego rodzinnym Kazachstanie, który tak chciałabym zobaczyć, ale też o jego podróży, która już trwa trzy miesiące. W czasie niej przemierzył już większość wschodnich krajów, a następnie przez Turcję dotarł do Europy. Gdzie pojedzie dalej – nie wie i za bardzo się nie zastanawia. Uwielbiam takie właśnie spotkania. Za to najbardziej cenię CouchSurfing i autostop, że to one umożliwiają natknięcie się na nomadów XXI wieku, ludzi którzy postanawiają zostawić wszystko za sobą i po prostu iść. Spotkania te są dla mnie bardzo inspirujące i zarazem bardzo frustrujące, złoszczę się sama na siebie, że ja się na to nie zdobyłam, że sama tak nie potrafię.

Kiszyniowska architektura nowoczesna.
Viva la Moldova!
Wspólny wieczór nad jeziorem.
Żegnamy Kiszyniów. To ten czysty, poukładany dworzec – północny.

Gdy Olaf rano dostał w kiszyniowskim szpitalu nowy opatrunek, a my zaopatrzyliśmy się w mołdawskie słodycze (do domu, na pamiątkę i dla bliskich), wiedzieliśmy, że oto właśnie za kilka godzin opuścimy już Mołdowę – piękną, ciekawą, kolorową, która przyjęła nas tak serdecznie. Tym razem z dworca północnego mieliśmy dostać się do mołdawsko-rumuńskiej granicy. Znów, podobnie jak w przypadku Sokryjan, wiedzieliśmy, że będzie to przekraczanie granicy ekscytujące, a może nawet bardziej niż w tamtym przypadku, bo Unia Europejska strzeże przecież pilnie swoim ram, nawet przed swoimi własnymi obywatelami. Znów oczywiście pojawił się dla nas problem pieszego przejścia. Victor próbował nam wytłumaczyć, że będziemy mieli kłopoty z takim ot po prostu przejściem sobie mołdawsko-rumuńskiej granicy, ale my trwaliśmy twardo przy tym, że przecież damy sobie radę. Wybraliśmy palcem na mapie Ungheni – i postanowiliśmy tam dojechać. Nasz gospodarz tłumaczył nam, że to do granicy jeszcze ze 20 kilometrów, a potem do rumuńskich Jasów też nic nie znajdziemy, ale my byliśmy dobrej myśli – wszak zawsze jest jakiś sposób. Tak też zrobiliśmy – Olafa odprawiliśmy do Lwowa, a sami, już w piątkę ruszyliśmy na zachód.

W Ungheni dowiedzieliśmy się, że żeby przekroczyć granicę, musimy dostać się do Sculeni. Kilkanaście minut później jechaliśmy już w tamtą stronę przelotowym autobusem do Soroki. Muszę przyznać, że mimo moich obaw na wschodzie transport publiczny działa naprawdę świetnie i lepiej chyba niż na zachodzie. Na zachodzie – owszem, sprawdzisz sobie rozkłady jazdy w Internecie, wszystko przewidzisz, sprawdzisz, z góry będziesz już znać cenę biletu i czas podróży (narzekałyśmy na tę nudę zachodniego świata w Belgii). Na wschodzie jednak po prostu przychodzisz na dworzec, pytasz pierwszego przypadkowego mężczyznę, który na pewno gdzieś zaraz obok stoi (zawsze się taki znajdzie) o marszrutkę w danym kierunki. On wskazuje ci miejsce i/lub czas i wtedy okazuje się, że ów pojazd odjeżdża właśnie za kilka lub kilkanaście minut. Kolejne parę zdań rozmowy z kierowcą i przystanek owej marszrutki może być w dowolnie wybranym przez ciebie miejscu. Oczywiście ten sposób organizacji publicznego transportu ma też swoje wady i można popaść we frustrację, gdy na przykład – nie uda nam się porozumieć z kierowcą. Zasadniczo jednak wskakując we wschodni rytm życia i styl myślenia, można docenić wszystkie zalety takiego stanu rzeczy.

W drodze do Sculeni. Żegnamy Mołdawię.

Wysiedliśmy w Sculeni. Nie było tu absolutnie nic, tylko studnia (obowiązkowa tu w Mołdowie), sklep (gdzie można było wydać ostatnie leje mołdawskie) i dwa auta z trzema panami – lokalna mafia przewozowa – spodnie z lampasami, złote zęby, obowiązkowa gruba keta – by zachować pozory. Ogólnie widać, że nie przędą jednak najlepiej. Od razu wywęszyli, co my za jedni i bez zwłoki poinformowali nas o tym, że w żadnym wypadku – granicy pieszo nie przejdziemy, oni za to proponują nam przerzucenie nas na drugą stronę i do Jasów za jedyne 40 euro. Popatrzyliśmy na nich, na siebie i grzecznie podziękowaliśmy i poszliśmy wydawać ostatnie leje w sklepie. Za 40 euro każdy z nas gotowy był łapać stopa do granicy choćby i do późnej nocy. Po dłuższej chwili znów pertraktowaliśmy z panami, przy studni. Zbili stawkę: po 4 euro od osoby. Razem 20 euro. Na to byliśmy już gotowi przystanąć.

Ustaliśmy szczegóły: jedziemy Passatem Combi jednego z panów przez granicę i do Jasów. Wtedy uświadomiliśmy sobie jedną podstawową rzecz: – Panie, ale jak my do Pana wsiądziemy w piątkę, to przecież razem z Panem to będzie szóstka! Panie, przecież to jest nielegalne! Jak Pan chce tak z nami przejechać granicę? – Spokojnie, to mój problem już będzie! – Ale Panie, sześć osób w aucie dla pięciu?! – Spokojnie, to ja już im powiem, że wy grupa i tyle, i ot! – No dobra, pomyśleliśmy, jego problem, to jego problem. Niebawem okazało się, że istotnie, przynieśliśmy naszemu kierowcy nieszczęście.

Zapakowaliśmy się do Passata jak sarydny. Cały tył zawalony był naszymi ogromnymi plecakami. Na tylnym siedzeniu we czwórkę gnietliśmy się niemiłosiernie. Modliłam się, by to poszło szybko i sprawnie. Kierowca nasz upewnił się, czy nie mamy papierosów – on wszak na każdego z nas miał już przewidzianą w aucie przepisową ilość (ile miał nieprzepisowej, możemy się tylko domyślać). Ruszyliśmy w stronę granicy. Na tej mołdawskiej poszło bez problemów. Paszporty, pieczątki, arevedere. Na rumuńskiej byłoby podobnie, gdyby…gdyby panowie celnicy nie zechcieli skontrolować naszego kierowcy. Fakt – z nami obeszli się naprawdę dobrze. Tylko rzucili okiem na dokumenty, kazali wyjąć z bagażnika plecaki, których naprawdę nawet nie obrzucili spojrzeniem i nie chcieli od nas już nic, ale kierowcę naszego zaprosili na specjalną kontrolę. Powiedział, że zajmie mu to 15 minut góra. Siedliśmy więc na ławce i czekaliśmy. Auta przejeżdżały obok nas co chwila, przekraczając szlaban zwiastujący Unię Europejską, znajdujący się ledwie kilka metrów od nas. My cierpliwie czekaliśmy na powrót naszego kierowcy. Minęło 15 minut, potem 20, potem pół godziny, godzina. Jego nie ma. Zaczęliśmy się niepokoić. Po dłuższym jeszcze czasie postanowiliśmy zagadnąć celników o jego los – i nasz los zarazem, było nie było. Panowie bardzo uprzejmie oznajmili nam, że od nas oni już niczego nie chcą i jesteśmy wolni, witamy w Unii, ale kierowca poszedł na kontrolę i potrwać to może nawet…24 godziny. Zmartwiło nas to trochę. – No dobrze, proszę Pana, a czy moglibyśmy – skoro już jesteśmy odprawieni – po prostu przejść sobie tu, o, za ten szlaban, za granicę? – Niestety, przykro mi, ale to nie jest przejście piesze. Musicie przejechać. – Czyli nie możemy go przejść, ale jeśli ktoś się zgodzi nas za nie wywieźć, to możemy już stąd iść? – Otóż to. Byłam naprawdę ubawiona tą kuriozalną sytuacją. Nie mogliśmy przejść tych kilku metrów, musieliśmy je przejechać. Decyzja była prosta – kierowcy nie ma, a my nie możemy w nieskończoność czekać, bo robi się późno. W kilkanaście minut znaleźliśmy już trzy auta, w których mogliśmy spokojnie liczyć na miejsce i to nawet nie tylko do granicy, ale i do samych Jasów.

W chwili, gdy mieliśmy już zakładać plecaki, by wrzucić je do bagażników aut, zajechał na graniczy pas nasz Passat. Kierowca był mocno roztrzęsiony, niechętnie zapakowaliśmy się znów do auta. Narzekał i klął na celników, powiedział, że takiej kontroli jeszcze nie miał, wszystko mu przetrzepali, nawet bak sprawdzili! – A to wszystko dlatego, że powiedzieli, że młodzi turyści z Polski przewożą narkotyki! – Tak, z całą pewnością taki był powód. Naszych plecaków nawet nikt nie obejrzał.

Ruszyliśmy dalej. Nie był to jednak koniec pecha naszego kierowcy. Nie dalej niż 10 kilometrów za granicą policyjny patrol machnął mu energicznie czerwonym lizakiem. Stanęliśmy. My – trochę ubawieni, trochę mimo wszystko zdjęci współczuciem dla tego ubogiego szmuglera. W aucie zarejestrowanym na pięć osób on wiózł sześć, tył miał zawalony tak, że nie widział nic, a na dodatek przednia szyba była pęknięta. U nas zabraliby mu dowód rejestracyjny jak nic! On jednak wrócił po chwili ze świstkiem w ręku i oznajmił roztrzęsionym mimo wszystko głosem, że dostał mandat, bo zamiast 60 km/h jechał 62! Nie wiem, ile w tym prawdy, ale fakt, że jechaliśmy dalej. Chwilę potem znaleźliśmy się w centrum Mołdawii, ale już tej historycznej – w Jasach.

Jakie będą moje wspomnienia z Mołdawii? Jak najlepsze! Choć gdy tam jechałam, znajomi straszyli mnie, że na pewno wytną mi nerkę i obudzę się w środkowej Turcji, nie wiedząc, co się ze mną stało, to jednak nie było nawet chwili, bym czuła się tu niepewnie czy niebezpiecznie. Ani nocując w przygranicznym lesie, ani w krzakach w Rogejeni, ani w przygnębiającej dość dzielnicy Kiszyniowa – nie czułam się zagrożona utratą nerki. Ludzie w Mołdawii byli dla nas szalenie uprzejmi! Może wydawaliśmy się im trochę egzotyczni z tymi swoimi wielkimi plecakami, błąkający się po miejscach, gdzie naprawdę nic nie ma, ale docenili w nas to, że chcieliśmy poznać ich kraj, próbowaliśmy z nimi rozmawiać w jakimś wspólnym dla nas wszystkich języku, że przyjechaliśmy tu ich ziemi ciekawi i bez poczucia wyższości. Naprawdę, wróciłabym z chęcią do Mołdawii, nie tylko ze względu na Orhei, który zatrzymał dla siebie kawałek swojej tajemnicy, ale wróciłabym tam dla tego wschodniego wiatru i ciągnących się po horyzont pól słoneczników i tego klimatu, którego na zachodzie brak.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *