Podróż przez Azję

10 czerwca 2018 roku zaczęliśmy największą przygodę naszego życia – backpackerską wędrówkę po Azji. Przygotowywaliśmy się do tego kroku niemal 2 lata – na różnych polach i w różnych wymiarach. Począwszy od zgromadzenia kapitału dzięki ciężkiej pracy i gorliwemu oszczędzaniu przez te wszystkie miesiące, po psychiczne nastawienie się do utraty stałego gruntu pod nogami, zamiany znanej i bezpiecznej rzeczywistości na ciąg przygód i niepewności. W maju wypowiedzieliśmy pracę, pożegnaliśmy się z wynajmowanym mieszkaniem w Krakowie, daliśmy sobie dwa tygodnie w rodzinnych domach na nacieszenie się bliskimi i ostatnie korekty ekwipunku, po czym 9 czerwca zostaliśmy odwiezieni przez mojego Tatę na dworzec w Krakowie, skąd ruszyliśmy do Budapesztu. Następnego dnia rano, 10 czerwca siedzieliśmy już w samolocie, który miał nas zawieźć w nieznane. 

TRASA NASZEJ DOTYCHCZASOWEJ PODRÓŻY:

Co się wydarzyło potem?

CZERWIEC 2018 – KAZACHSTAN

Rozpoczęliśmy od zwiedzania Astany, która wbrew zapowiedziom, okazała się całkiem interesującym dla nas miastem i mile nas zaskoczyła. Byliśmy kompletnie oczarowani naszym nowym stanem “bycia w drodze” i kipiał w nas optymizm i ekscytacja z początku naszej przygody. Przez pomyłkę spędziliśmy dwa dni w Karagandzie, czego zupełnie nie żałujemy, dzięki świetnemu towarzystwu, które tam poznaliśmy. W drodze do Ałmaty pierwszy raz widzieliśmy stepowego żółwia, nocowaliśmy w namiocie wśród fantastycznych formacji skalnych Bektau-Aty, a potem przecieraliśmy oczy ze zdziwienia patrząc na te wszystkie kazachskie cuda: począwszy od bezkresnych stepów poprzez góry Tien-Szan, Kanion Szaryński, Jeziora Kolsay i Kaindy, Park Narodowy Altyn Emel. Spędziliśmy cudowny czas u naszych CouchSurfingowych gospodarzy – Ardaka i jego żony. Do dziś uważamy to za jedno z najlepszych CouchSurfinogowych doświadczeń w tej podróży! Żegnaliśmy Kazachstan z łezką w oku i do dziś ma w naszych sercach szczególne miejsce. To kraj, gdzie wszystko się zaczęło. 

LIPIEC 2018 – KIRGISTAN

Lipiec spędziliśmy w Kirgistanie. Przygodę z tym krajem zaczęliśmy w niezbyt urodziwej stolicy – Biszkeku, z obowiązku odwiedziliśmy Burana Tower, która chyba do dziś ma status najsłabszej atrakcji turystycznej, jaką widzieliśmy, ale potem było już tylko lepiej. Pojechaliśmy do Kochkoru i stamtąd wyruszliśmy na pierwszy konny trekking nad jezioro Kol-Ukek. Spełniło się moje wielkie marzenie o jeździe konnej w górach! Potem skierowaliśmy się do Karakolu, a po drodze odwiedziliśmy przepiękny Kanion Skazka i całkiem ładną Dolinę Barskoon, zaznaliśmy też kirgijskiej życzliwości i przekonaliśmy się, jak działa w tym kraju autostop. Wyruszyliśmy na trekking do Ala-Kol, spaliśmy w namiocie nad krystaliczną wodą jeziora, by następnego dnia kąpać się w gorących źródłach doliny Altyn Arashan. Odwiedziliśmy też nieznane jeszcze Doliny Nomadów i Lodowców, gdzie nie spotkaliśmy żadnego turysty, za to przez 4 dni syciliśmy oczy jednymi z najpiękniejszych krajobrazów górskich, jakie dane nam było w życiu zobaczyć. Pojechaliśmy też konno nad Song Kol i w tych cudownych okolicznościach przyrody pierwszy raz w życiu galopowałam na otwartej równinie, nie mogąc nacieszyć się własnym szczęściem. Odwiedziliśmy Naryn, twierdzę w Tash Rabat (gdzie znów upajaliśmy się galopem wśród gór i zieleni traw), a potem przedzieraliśmy się autostopem przez krętą górską drogę do Dżalalabad i Osz, przeżywając najtrudniejsze chwile w Kirgistanie. Na koniec, dotarliśmy w Pamir, a widok monumentalnego Piku Lenina po prostu zbił nas z nóg. 

SIERPIEŃ 2018 – UZBEKISTAN / KIRGISTAN / CHINY

Podjęliśmy spontaniczną decyzję, by wyskoczyć na kilkanaście dni do Uzbekistanu i szybko przekonaliśmy się, że było to najlepsze, co mogliśmy zrobić! Kraj ten i jego mieszkańcy po prostu skradli nasze serca! Zaczęliśmy od Kokand, gdzie od Uzbeków uczyliśmy się wiele o ich kulturze i obyczajach, w Taszkiencie nocowaliśmy u gwiazdy uzbeckiej telewizji, a spacerując po mieście, dziwiliśmy się jego nowoczesności. Samarkanda odebrała nam mowę – na widok spektakularnych budowli, zdobionych milionami drobiazgowych wzorów. Prawdziwy klimat Jedwabnego Szlaku poczuliśmy jednak w Bucharze, nocując przez kilka dni w starym caravanserai wśród artystów i rękodzielników. Spędziliśmy też trzy dni w Kitab u rodziny naszego ukochanego dobrodzieja – Murata i do dziś ze wzruszeniem wspominamy ten czas i wciąż jesteśmy pod wrażeniem uzbeckiej gościnności i otwartości. Ze łzami w oczach opuszczałam Uzbekistan i nawet jedzone na przemian najpyszniejsze w moim życiu melony i winogrona, nie pomogły. 

Zamknięcie chińskiej granicy z okazji święta spowodowało, że spędziliśmy w Kirgistanie dodatkowy tydzień w gościnie u Anary i jej rodziny w Ak-Suu, aż wreszcie, pod koniec miesiąca udało nam się wjechać do Chin i spędzić kilka dni w Kaszgarze, w towarzystwie naszych nowych przyjaciół z Niemiec i Szwajcarii.

WRZESIEŃ 2018 – CHINY / PAKISTAN

Przez góry i bajkowo położone jezioro Karakul, dotarliśmy do Taszkorganu – tadżyckiej enklawy na terytorium Chin. Stąd wyruszyliśmy w długą i krętą podróż do pakistańskiej granicy na przełęczy Khunjerab – przekraczając ją, przeszliśmy przez najwyższe przejście graniczne świata (4693 m n.p.m.). W ten sposób też znaleźliśmy się na słynnej Karakorum Highway, którą przemierzaliśmy przez następne tygodnie, konsekwentnie wybierając autostop jako najlepszy dla nas środek transportu. 

W dolinie Hunzy przeszliśmy po zawrotnych, wiszących mostach, dotarliśmy do lodowca Passu i nadziwić się nie mogliśmy widokowi Cathedral Peak. Odwiedziliśmy dawną stolicę – Karimabad, by następnego dnia stanąć na najszybciej poruszającym się pakistańskim lodowcu Hopar. Zbłądziliśmy w drodze do Rakaposhi Base Camp, dowiadując się przy okazji, że troska i pomocność Pakistańczyków w zasadzie nie ma granic. Przebyliśmy w zatłoczonym busiku zawrotnie krętą i szalenie malowniczą drogę do Skardu, gdzie jedliśmy w “restauracji polskich himalaistów”, dziwiliśmy się pasterskim zwierzętom na ulicach i ewidentnie rzucaliśmy się w oczy. Na motorze pojechaliśmy do jezior Kachura i na pustynię Katapana. Uszyliśmy sobie na miarę tradycyjne shalwar-kamizy, w których zrobiliśmy furorę. Dotarliśmy do odległej doliny Hushe, a Artur wydrapał się na punkt widokowy, z którego podziwiał K2 i Broad Peak, podczas gdy ja cierpiałam na zatrucie pokarmowe w pasterskiej jamie, na wysokości 3000 m n.p.m. Nad jeziorem Rama Lake poznaliśmy fantastycznego Niemca, Josepha, z którym przeżyliśmy chyba najzimniejszy kemping w tej podróży. Z duszą na ramieniu przejechaliśmy jeepem jedną z najniebezpieczniejszych dróg świata – do Fairy Meadows, skąd wyruszyliśmy na trekking pod kolejny ośmiotysięcznik, Nanga Parbat. Przez przełęcz Babusar Top, Naran i jezioro Saif-ul-Maluk, dotarliśmy do Islamabadu. 

PAŹDZIERNIK 2018 – PAKISTAN / INDIE

Początek miesiąca wciąż spędzaliśmy w Islamabadzie, oczekując niecierpliwie na naszą wizę do Indii. W międzyczasie poznawaliśmy okolicę, wraz z naszymi CouchSurfingowymi znajomymi oraz podróżnikami z Niemiec – Nielsem i Siną. Wspólnie odwiedziliśmy Taxilę, a za wyzbieranie plastikowych śmieci w okolicy jeziora, dostaliśmy darmową przejażdżkę na skuterach wodnych! Z wizami wbitymi w paszporty, pojechaliśmy do Lahore, gdzie poddaliśmy się urokowi chaotycznego, gwarnego i bardzo klimatycznego miasta. Mogliśmy zobaczyć jedyną w swoim rodzaju ceremonię zamknięcia granicy w Wagah, by kolejnego dnia przekroczyć ją na piechotę i znaleźć się w Indiach. 

W Amritsarze – mieście jak nie z tej ziemi – poznaliśmy kulturę Sikhów i ucztowaliśmy wraz z tysiącami innym pielgrzymów odwiedzających Złotą Świątynię. Następnie ruszyliśmy na północ, by przez Dżammu dotrzeć do stolicy Kaszmiru – Śrinagaru. Pływaliśmy łodzią po jeziorze Dal i zachwycaliśmy się indyjską kuchnią, a dzień później wsiedliśmy do rozklekotanego autobusu, który zabrał nas na jedną z najniebezpieczniejszych dróg w Indiach przez przełęcz Zoji La. Wraz z przekroczeniem przełęczy znaleźliśmy się w Ladakhu i objęciach zimy. Odtąd ubrani po czubek głowy i nie rozstając się z wełnianymi skarpetami, poznawaliśmy tę tajemniczą i dla mnie wręcz baśniową krainę, nie mogąc uwierzyć w piękno krajobrazu. Pierwszy raz zetknęliśmy się z buddyzmem i to od razu w tybetańskim wydaniu, odwiedzając liczne klasztory. Pod koniec miesiąca pojechaliśmy autostopem do doliny Nubry, przejeżdżając znów drogę, której zakręty przyprawiały o szybsze bicie serca (tym razem na dodatek ośnieżoną!) – przez przełęcz Khardung La (5359 m n.p.m.). W Dolinie Nubry pierwszy raz widzieliśmy dzikie wielbłądy (a także te udomowione, na których można przejechać się po pustyni) oraz gigantyczne posągi Buddy, wkomponowane w imponujący górski krajobraz. 

LISTOPAD 2018 – INDIE / NEPAL

Dalej eksplorowaliśmy Ladakh, tym razem wybierając motocykl jako środek transportu – odwiedziliśmy najważniejsze i najpiękniejsze buddyjskie klasztory w okolicy (Likir, Lamayuru, Thiksey, Hemis, Alchi i Basgoon), wjechaliśmy do doliny Zanskar, a trasa ta do dziś pozostaje naszym numerem 1 na liście motocyklowych wycieczek. Próbowaliśmy też opuścić Ladakh samolotem – w obliczu zasypania wszystkich dróg przez śnieg – przez dwa dni, walcząc o należne nam miejsce w samolocie Air India. Ostatecznie znaleźliśmy się w Delhi i zarazem w innym świecie. 

W stolicy poznaliśmy tłoczne, brudne i niemiłosiernie hałaśliwe Indie. Zobaczyliśmy Świątynię Lotosu i piękne Ogrody Mughali. Utwierdziliśmy się też w miłości do indyjskiego jedzenia. W Agrze staliśmy się na kilka dni częścią wielkiej, CouchSurfingowej rodziny, dzięki zaproszeniu Johna i jego braci. Zaspani, oglądaliśmy Taj Mahal i Fort w Agrze, przebiegaliśmy boso po rozgrzanych kamieniach posadzki meczetu w Fathepur Sikri. Poznaliśmy uroki podróżowania indyjskim pociągiem na trasie do Khajuraho i Waranasi. W tym pierwszym wyszukiwaliśmy najbardziej pikantne sceny wśród setek dekoracji pokrywających ściany świątyń, w drugim próbowaliśmy zrozumieć fenomen kremacji nad Gangesem. W obu chorowaliśmy dramatycznie, w związku z nieodwzajemnioną miłością indyjskiego jedzenia. Ostatecznie uciekaliśmy z Indii zmęczeni smrodem, hałasem i smogiem, ale też z przekonaniem, że trzeba będzie tu jeszcze wrócić.

Świeżym powietrzem i ciszą cieszyliśmy się w nepalskich Himalajach rozpoczynając naszą 13-dniową wędrówkę wokół Annapurny. 

GRUDZIEŃ 2018 – NEPAL / TAJLANDIA

Przemaszerowaliśmy 220 kilometrów wokół jednego z nepalskich ośmiotysięczników, pokonaliśmy tysiące metrów przewyższenia, ustaliliśmy nasze rekordy wysokości, wdrapując się z trudem na Thorong La (5416 m n.p.m.). Po tym wszystkim odpoczywaliśmy i objadaliśmy się pysznym jedzeniem w Pokharze, a już kilka dni później pojechaliśmy do Kathmandu, gdzie szukaliśmy najpyszniejszych w Nepalu pierożków mo-mo, jedząc po kilka porcji dziennie. Obserowaliśmy kremacje przy świątyni Paśupatinach i zachód słońca z Swayambhunath Stupa. Pierwszy raz w życiu wybraliśmy się na rafting – na rzece Trisuli. Pojechaliśmy do Bhaktapur i Patan, by zobaczyć historyczne perły Nepalu, pomaszerowaliśmy z Nagarkot do klimatycznej świątyni Changu Narayan. Mount Everestu nie widzieliśmy. W Nepalu przeżyliśmy dramat związany z odrzuceniem naszego wniosku o wizę do Chin i koniecznością zrezygnowania z lotu do Chengdu. Wszystko w przededniu Wigilii Bożego Narodzenia, którą spędziliśmy w mieście, a następnego dnia wsiedliśmy już do samolotu do Bangkoku.

W pierwszy i drugi dzień Świąt poznawaliśmy Bangkok, potem jeździliśmy na rowerach po Ayutthai, a Sylwestra świętowaliśmy wśród starożytnych ruin Sukhotai, w anturażu setek świec i lampionów. Tam też wybraliśmy się na swój pierwszy tajski masaż i prawie cały dzień potem żałowaliśmy, tak okropnie wszystko nas bolało. 

STYCZEŃ 2019 – TAJLANDIA / LAOS

Wyruszyliśmy autostopem na jeszcze dalszą północ Tajlandii, by przekonać się, że to najpiękniejszy sposób przemierzania tego kraju. Mknęliśmy na pakach kolejnych pick-upów po idealnych tajskich drogach, częstowani przez kierowców rozmaitymi smakołykami. Podziwialiśmy tajskie świątynie w Chiang Mai, cieszyliśmy się klimatem hipsterskiego Pai i zwiedzaliśmy okolicę na skuterze, Artur zamknął się też na tydzień w buddyjskim leśnym klasztorze na medytacji w milczeniu. Krętymi drogami dotarliśmy do Mae Hong Son, skąd skuterem ruszyliśmy przez pola herbaciane pod samą granicę z Birmą. Poznaliśmy park narodowy Doi Inthanon, wędrując przyrodniczymi ścieżkami i docierając na najwyższy szczyt kraju – samochodem…Będąc znów w Chiang Mai nauczyliśmy się gotować zielone curry i pad thaia, a potem ruszyliśmy przez cały kraj, na południowy-wschód, w stronę granicy z Laosem.

Laos zaczęliśmy poznawać od wizyty Pakse, w którym też pierwszy raz zobaczyliśmy Mekong. Wypożyczonym skuterem objechaliśmy Bolaven Plateau, odwiedzając plantacje kawy, kilkanaście wodospadów oraz wioskę mało znanego plemienia, które wciąż wierzy, że Ziemia jest płaska… Byliśmy też w fallicznej świątyni Wat Phu. Pojechaliśmy na najdalsze południe, by mały raj znaleźć na wysepce Don Det na Mekongu. Jeżdżąc na rowerach, spędzając miłe wieczory ze Zbyszkiem i Judką, objadając się curry i bujając w hamaku – nie mogliśmy się stamtąd ruszyć przez kilka dni.

LUTY 2019 – LAOS / WIETNAM

Gdy to jednak zrobiliśmy, wystrzeliliśmy na północ, by przepłynąć łodzią przez słynną jaskinię Konglor. 28. urodziny spędziłam w stolicy kraju, Vientiane, na ziołowym masażu! O mało nie umarliśmy ze zmęczenia jeżdżąc na rowerach po okolicy Vang Veng – królestwie pysznych bagietek! Dość łatwo dojechaliśmy autostopem do Luang Prabang, gdzie oprócz ucztowania na nocnym markecie i zwiedzania laotańskich świątyń, musieliśmy zmierzyć się z tłumami chińskich turystów świętujących tu Chiński Nowy Rok. W Nong Khiaw i Muang Ngoy, do którego dopłynęliśmy łodzią, przestaliśmy się łudzić, że Laos jest jeszcze nieturystycznym i mało popularnym krajem. Ostatnie dwa dni w kraju spędziliśmy przebijając się autostopem przez góry, po szutrowych drogach do wietnamskiej granicy.

Pierwsze dni w Wietnamie, do którego wjechaliśmy przez maleńkie, górskie wioski, były dla nas pasmem wspaniałych przeżyć i doświadczania ludzkiej życzliwości. 29. urodziny Artura obchodziliśmy wraz z rodziną, która zabrała nas na stopa, a potem ugościła w swoim domu do królewsku. Niebawem byliśmy już w Hanoi, które pokochaliśmy za taniutkie piwo bia-hoi, które z rozkoszą piliśmy na ulicach, na maleńkich plastikowych krzesełkach. Wybraliśmy się też na najdalszą północ kraju, by przez 4 dni przejechać na motorze słynną Ekstremalną Motocyklową Pętlę Ha Giang. Błądziliśmy, przejeżdżaliśmy przez błoto, szuter i rzeki, mieliśmy pierwszy motocyklowy wypadek, ale wróciliśmy z toną wrażeń i przepięknych krajobrazów w pamięci. Znów przez Hanoi pojechaliśmy na wyspę Cat Ba, gdzie zostaliśmy okrutnie oszukani i zamiast wypłynąć na rejs po zatoce Ha Long, pływaliśmy po Lan Ha… Jasnym punktem naszej wizyty na wyspie było jednak spotkanie z Magdą – moją serdeczną koleżanką z Erasmusa. Drugi raz udało nam się zobaczyć dopiero na drugim końcu świata. 

MARZEC 2019 – WIETNAM / KAMBODŻA / TAJLANDIA / BIRMA

Jechaliśmy z północy Wietnamu konsekwentnie na południe, odwiedzając rozczarowujące dla mnie Tam Coc, gdzie pływaliśmy w dramatycznym tłoku łodziami w jaskiniach oraz cesarskie Hue, z którego pojechaliśmy skuterem na przełęcz Hai Van i na plażę, gdzie pierwszy raz w tej podróży zaznaliśmy uroków plażowania. W bardzo turystycznym Hoi An nie zachwyciliśmy się lampionami i architekturą, a pysznym – po raz pierwszy w tym kraju – wegetariańskim jedzeniem! Prawdziwy kulinarny wege-raj odkryliśmy jednak w Ho Chi Min (Sajgonie), gdzie zamieszkaliśmy na trochę w komunie CouchSurferów w pewnym domu, a Artur osiągnął mistrzostwo w prowadzeniu skutera po ulicach miasta. W Muzeum Pozostałości Wojennych przekonaliśmy się, jakim potwornym okrucieństwem była wojna w Wietnamie, a odwiedzając tunele Wietkongu w Cu Chi na własnej skórze mogliśmy poczuć, jak dramatyczne było życie w tych warunkach. 

Prawdzie traumatycznym doświadczeniem było dla nas jednak oglądanie “pamiątek” po ruchu Pol Pota w okolicach kambodżańskiej stolicy Phnom Penh – więzienia S-21 i Pól Śmierci. W ramach odskoczni od tych bardzo trudnych tematów, wybraliśmy się skuterem na Jedwabną Wyspę (Koh Dach), gdzie nie tylko poznaliśmy dokładnie proces produkcji jedwabiu, ale też graliśmy z lokalsami w pétanque. Jeżdżąc najprzeróżniejszymi środkami transportu (np. na przyczepie do motocykla) dojechaliśmy autostopem do Siem Reap, z którego wyruszyliśmy na jednodniowy podbój Angokor Wat. Trudy tak intensywnego zwiedzania odreagowywaliśmy w Battambang, a już chwilę potem byliśmy znów w Bangkoku, gdzie zjedliśmy chyba najlepsze w życiu zielone curry. Nie mogliśmy się jednak rozkoszować urokami tajskiej kuchni nadal, gdyż po trzech dniach wsiedliśmy w samolot i polecieliśmy do Mandalay.

Pomysł, by jednak zobaczyć Birmę, przyszedł nam do głowy dosyć spontanicznie, więc musieliśmy wybrać transport lotniczy, by zaoszczędzić trochę czasu. Do dziś jesteśmy jednak przekonani, że odwiedziny tego kraju, to była najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć! W Mandalay szybko poznaliśmy birmańską życzliwość, a by okazać miejscowym szacunek od razu zaopatrzyliśmy się w tutejszy strój – longi – w których z dumą oboje paradowaliśmy. Birma przytłoczyła nas ilością wspaniałych świątyń i klasztorów: w Mandalay odwiedziliśmy Shwenandaw, Atumashi, Kuthodaw oraz Sanda Muni, gdzie pierwszy raz nasze twarze zostały wymalowane thanaką, a potem eksplorowaliśmy okolice: Amarapurę, Inwę, Sikong i Minkun. W drodze do tego ostatniego, zobaczyliśmy gigantyczną paradę, z udziałem m.in. słoni i wołów, na cześć chłopca oddawanego do buddyjskiego klasztoru. 

KWIECIEŃ 2019 – BIRMA / TAJLANDIA

Wyruszyliśmy do stanu Shan, który ma opinię niebezpiecznego, ale nam bardzo zależało na trekkingu wśród tamtejszych górskich plemion. Dotarliśmy do Hsipaw i dwa dni wędrowaliśmy po malowniczych górach regionu, mijając po drodze gęste patrole wojska. Dzięki gościnności i uprzejmości mieszkańców gór mogliśmy zobaczyć, jak wygląda proces przygotowywania i przetwarzania liści herbaty. Z Hsipaw do Mandalay wróciliśmy koleją, która pamięta jeszcze Brytyjczyków, a pociąg bujał się na lewo i na prawo jak szalony. Szczególnych emocji dostarczyło nam to, gdy przejeżdżaliśmy przez wysoki na 250 metrów wiadukt Gokteik. Kolejnym punktem na naszej trasie było Bagan, gdzie przez dwa dni, od świtu do nocy, zwiedzaliśmy niezliczone świątynie, przy okazji starając się jeszcze zlokalizować te kilka, nielicznych, z których szczytów można podziwiać wschody i zachody słońca. Przesyceni buddyjską sztuką do granic możliwości, pojechaliśmy autostopem do Kalaw, gdzie obserwowaliśmy tradycyjny targ, by następnego dnia ruszyć na trzydniowy trekking nad jezioro Inle. Zawiązaliśmy nić przyjaźni z rodakami – Maćkiem i Wojtkiem, nad butelką najtańszego na świecie ginu, podglądaliśmy barwnych i uśmiechniętych od ucha do ucha przedstawicieli różnych plemion gór Birmy. Odwiedziliśmy dom szamana i jedliśmy awokado prosto z drzewa. 

Pływając po jeziorze Inle ominęliśmy główne atrakcje, za to przyglądać mogliśmy się do woli pracy rybaków oraz mieszkańców nawodnych wiosek, uprawiających na jeziorze pomidory. Chodziliśmy przez 5 dni cali mokrzy z okazji birmańskiego Święta Wody, a gdy to szaleństwo się skończyło, ruszyliśmy autostopem do Loikaw, w okolicy którego, na nielegalnie wynajętym skuterze odwiedziliśmy prawdziwe wioski kobiet Długich Szyi – Kayan. Szalenie malowniczą górską drogą, a potem przez Taungngu dotarliśmy do Hpa-An, gdzie ledwo wydrapałam się po 2200 schodach na górę Zwegabin i uciekałam ze śmierdzących od nietoperzego guana jaskiń-świątyń. Pożegnaliśmy Birmę ze łzami w oczach, a zaraz potem już sunęliśmy kolejnymi pick-upami na południe Tajlandii.

Zahaczyliśmy o Bangkok i pojechaliśmy podglądać dzikie słonie w parku narodowym Kui Buri. Wreszcie udaliśmy się na długie, bo aż 10-dniowe, zasłużone wakacje na wyspie Koh Phangan, gdzie zasadniczo nie robiliśmy wiele, poza pierwszymi próbami snorkelingu. 

MAJ 2019 – TAJLANDIA / MALEZJA / SINGAPUR

Opuściliśmy Koh Phangan, by poznać zachodnie wybrzeże Tajlandii. Byliśmy na słynnej Railey Beach w Krabi i pływaliśmy kajakami wśród imponujących ostańców skalnych. Pojechaliśmy na maleńką wysepkę Koh Mook, gdzie znaleźć mieliśmy raj, ale trafiliśmy tylko na brud i stosy śmieci, więc jeszcze tego samego dnia z niej uciekliśmy. Po ostatnim przystanku w Trang pojechaliśmy do Malezji, której poznawanie zaczęliśmy od Georgetown – stolicy pysznego jedzenia i murali. Tu pierwszy raz spróbowałam indyjskiej dosy, którą nauczyłam się jeść rękami, a potem z ogromnym entuzjazmem wyszukiwałam kolejne dzieła sztuki na malowniczych ulicach. Drugą odsłonę malezyjskiego street-artu poznaliśmy w Ipoh, skąd pojechaliśmy do Cameron Highlands i na przepiękne plantacje herbaciane Boh. Mijając od północy gigantyczny park Tamar Negara, pojechaliśmy na wysepkę Perhentian Kecil, gdzie zrobiłam kurs nurkowy i pierwszy raz zetknęłam się z cudami podwodnego świata. Ostatnie dni w Malezji spędziliśmy w Kuala Lumpur, które niezbyt przypadło nam do gustu, w przeciwieństwie do Singapuru, który odwiedziliśmy pod koniec miesiąca. Singapur skradł moje serce połączeniem nowoczesnej architektury z tą kolonialną, i ogromną dozą zieleni. Opuściliśmy to miasto-państwo z pewnym żalem, by jeszcze tego samego dnia znaleźć się w malezyjskiej części Borneo. 

CZERWIEC 2019 – MALEZYJSKIE BORNEO / BRUNEI / INDONEZJA

Ponad 3-tygodniowy pobyt na Borneo w czerwcu obfitował w mnóstwo niecodziennych i całkiem nowych dla nas doświadczeń. Przylecieliśmy do Kuching, ale szybko wyskoczyliśmy poza miasto. Najpierw do przecudnego Parku Narodowego Bako, gdzie spotkaliśmy dzikie nosacze, lemury srebrzyste, makaki i dzikie świnie, a także pierwszy raz wędrowaliśmy po dżungli nocą! Odwiedziliśmy Matang Wildlife Centre, gdzie nasze serca pękały z żalu nad losem dzikich zwierząt zamkniętych w klatkach, ale powiew nadziei przyniósł pobyt w Semenggoh Orangutan Centre, gdzie pierwszy raz widzieliśmy te przepiękne stworzenia, które powoli oddawane są naturze. Prze dwa dni jechaliśmy autostopem przemierzając Sarawak, zajrzeliśmy do longhouse’u, byliśmy na klifach Tusan, aż dotarliśmy do Parku Narodowego Bukit Lambir, gdzie wędrowaliśmy po jednym z najstarszych i najpiękniejszych lasów deszczowych na świecie. Przez Miri wskoczyliśmy do Brunei, gdzie spędziliśmy ekscytujące 5 dni! Wpadliśmy w towarzystwo nauczycieli angielskiego rodem z RPA i przez ten czas bawiliśmy się na domówkach, jeździliśmy po dżungli w poszukiwaniu dzioborożców i krokodyli (pierwszy raz autem po lewej stronie!), a nawet wylądowaliśmy na podwieczorku w 5*** hotelu! Parliśmy dalej na północny-wschód, przekmnęliśmy u stóp potęznej góry Kinabalu, by trafić do Sepilok i drugi raz zetknąć się z zachwycającymi orangutanami. Wyskoczyliśmy na kilka rejsów na rzece Kinabatangan, gdzie znów podglądaliśmy fascynujące nosacze, a także mnóstwo innych zwierząt. Czując niedosyt spotkania z orangutanami, wróciliśmy do Sepilok, a wieczorem podglądaliśmy latające gigantyczne wiewiórki oraz malusieńkiego kanczyla w czasie nocnego spaceru po Rainforest Discovery Centre. Wróciliśmy do Kota Kinabalu, by po dwóch dniach wznieść się w powietrze i pod koniec miesiąca wylądować na indonezyjskiej Jawie. Nie zagrzaliśmy miejsca w dosyć odpychającej Dżakarcie, szybko uciekając na prowincję – prosto pod stoki wulkanów na Dieng Plateau. 

LIPIEC 2019 – INDONEZJA (Jawa, Karimunjawa, Bali)

Lipiec w całości upłynął nam pod znakiem zwiedzania Indonezji. Wiedzieliśmy, że w tym ogromnym kraju zabawimy długo, bo chcąc go naprawdę poznać i przeskakiwać z wyspy na wyspę, trzeba zarezerwować sporo czasu. Zaczęliśmy poznawać Indonezję od Jawy – wyspy, która całkiem przypadła nam do gustu, mimo jej ogromnego zatłoczenia. Odwiedziliśmy kulinarną stolicę kraju – Yogyakartę, śladem Netflixa udaliśmy się do fabryki klusek z manioku, a następnie pojechaliśmy do Jepary i Keling, gdzie spędziliśmy 3 dni u Nik i jej rodziny, doświadczając prawdziwego życia indonezyjskiej prowincji. Potrzebowaliśmy wakacji od wakacji, które urządziliśmy sobie na rajskiej wyspie Karimunjawa – zachwycaliśmy się pięknymi plażami, czytaliśmy książki całymi dniami, a w chwilach nudy zaglądaliśmy pod powierzchnię wody ze snurkową rurką.

Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy, więc po tygodniu na Karimunjawie, wróciliśmy na Jawę i autostopem przejechaliśmy do Malang, gdzie oglądaliśmy slumsowe dzielnice pomalowane na wszystkie kolory tęczy. Pojechaliśmy też zobaczyć największą atrakcję Jawy, czyli wulkan Bromo. Nie obyło się bez przygód, ale udało nam się zobaczyć słynny wschód słońca z widokiem na Bromo, Batog i Semeru, a także stanąć na krawędzi wulkanicznego krateru. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze imponujące wodospady Sewu i Kapas Biru. Znacznie bardziej niż Bromo, podobał nam się jednak wulkan Ijen, który przeniósł nas do innego świata – duszących oparów siarki, szalonej niebieskości wody w kraterze i morderczej pracy górników, wydobywających tu cenny surowiec.

Wykończeni serią wschodów słońca na wulkanach, wsiedliśmy na prom, by chwilę później znaleźć się na Bali, gdzie zaznaliśmy trochę odpoczynku. Nie za dużo jednak, gdyż za chwilę już wsiedliśmy na dwa skutery, by w 5 dni objechać wszystkie interesujące nas atrakcje wyspy – były świątynie, wodospady i wulkany. Było też fantastyczne nurkowanie na wraku USS Liberty w Tulamben, gdzie podwodny świat do reszty mnie oczarował.

SIERPIEŃ 2019 – INDONEZJA (Bali, Nusa Lembongan, Nusa Penida, Lombok, Sumbawa, Flores)

Początkiem sierpnia zawitaliśmy do niesławnej baliskiej Kuty, gdzie jednak zaznaliśmy trochę uciech życia towarzyskiego z najlepszym przyjacielem Artura ze szkolnych lat, z którym udało nam się spotkać. Przyszła jednak pora na opuszczenie Wyspy Bogów, pojechaliśmy więc na Nusę Lembongan, gdzie z prawdziwą fascynacją przyglądaliśmy się potężnym falom rozbijającym się o skały w Devil’s Tear. Nie mniej efektowne okazały się klify na Nusie Penidzie, którą zwiedzaliśmy przez 5 dni, znów na skuterach, lecz tym razem śpiąc każdej nocy w namiocie i czerpiąc z przyrodniczych uroków tej wyspy 100%! Na Nusie Penidzie po raz pierwszy widzieliśmy też manty – najpierw z wysokich klifów, a potem w czasie pływania z rurką w towarzystwie tych olbrzymów. Z Nusy Penidy wróciliśmy promem na Bali, tylko po to, by zaraz wsiąść na prom na Lombok. Przedłużyliśmy tu z powodzeniem naszą indonezyjską wizę i uciekliśmy zaraz na północ, na wyspę Gili Meno, gdzie złapaliśmy oddech i podziwialiśmy majestat i piękno żyjących tu morskich żółwi.

Wróciliśmy na Lombok i tym razem udaliśmy się na południe, do Kuty (ponoć tej lepszej indonezyjskiej Kuty), gdzie znów zafundowaliśmy sobie zasłużone wakacje. Artur w międzyczasie zdążył poduczyć się trochę surfingu. Zobaczyliśmy plaże Mawun i Tanjung Aan, a kolejnego dnia pojechaliśmy zobaczyć słynna różową plażę na półwyspie Ekas. Niestety, jeden nieostrożny ruch kierownicą skutera i musieliśmy leczyć nasze rany i obtłuczenia przez dobry tydzień, przez co plan zdobycia wulkanu Rinjani nie wypalił.

Gdy udało nam się trochę dojść do siebie, zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy autostopem przez Lombok, a następnie przez wyspę Sumbawa, którą przejechaliśmy całą w dwa dni, doświadczając zarazem sporo serdeczności ze strony mieszkańców. Wsiedliśmy na prom i po 8 godzinach miarowego kołysania dotarliśmy na wyspę Flores – najdalej na wschód wysuniętą część Indonezji, którą zamierzaliśmy odwiedzić. Zanim ruszyliśmy w głąb wyspy, popłynęliśmy jeszcze na dwudniowy rejs, w trakcie którego nie tylko spędziliśmy swoją pierwszą w życiu noc na łodzi, ale przede wszystkim zobaczyliśmy atrakcje Parku Narodowego Komodo, z jego smokami, olbrzymimi mantami pływającymi w oceanie i bajkowym wschodem słońca na wyspie Padar.

WRZESIEŃ 2019 – INDONEZJA (Flores, Bali) / FILIPINY (Luzon)

Pierwsze dwa tygodnie września spędziliśmy jeżdżąc na skuterze po wyspie Flores – łącznie pokonaliśmy ponad 1300 km, docierając do mniej i bardziej znanych atrakcji i fantastycznych zakamarków wyspy. Byliśmy pod wulkanami Inerie i Ebolebo, podziwialiśmy pajęcze sieci tarasów ryżowych w Cancar, odwiedziliśmy kilka tradycyjnych wiosek różnych grup etnicznych Flores z przeciekawą architekturą – Bena, Belaraghi, Gurusina, Tololela, Wogo, Saga i Wologai. Zajrzeliśmy do jaskini Liang Bua, gdzie odkryto szczątki nowego gatunku człowiekowatego, zwanego “hobbitem z Flores”. Jadąc do wodospadu Tengkulese trafiliśmy na fascynujące walki wojowników Caci z plemienia Manggarai. Kąpaliśmy się nocą w gorących źródłach Malanage i przechadzaliśmy po usłanej zielono-niebieskimi kamyczkami Blue Stone Beach. Na koniec weszliśmy na wulkan Kelimutu z trzema jeziorami zmieniającymi barwy, a w drodze powrotnej zajrzeliśmy do wioski Wae Rebo. Fantastyczne spotkania na Flores i możliwość podejrzenia życia ludzi z tej wciąż ciut egzotycznej wyspy zatarły nasze niemiłe wspomnienia z Komodo.

Komodo zapamiętam jednak dobrze dzięki nurkowaniu, na które po powrocie z naszej skuterowej wycieczki się zdecydowałam. Na własne oczy i na wyciągnięcie ręki miałam gigantyczne manty, których zobaczenie w taki sposób było moim marzeniem, a do tego całe mnóstwo innych przepięknych stworzeń: żółwie, rekiny, karanksy i bajkowo kolorowe korale.

Opuściliśmy Flores na promie, by po 30 godzinach na wodzie wrócić na Bali. Trzy dni ładowaliśmy baterie na Wyspie Bogów, a potem wsiedliśmy w samolot, by znaleźć się w Manili i rozpocząć tym samym ostatni etap naszej podróży – poznawanie Filipin.

Wyskoczyliśmy na wulkan Taal, a potem na północ, by zobaczyć słynne wiszące trumny w Sagadzie i przepiękne tarasy ryżowe w Banaue i Batad, liczące sobie aż 2000 lat!

PAŹDZIERNIK 2019 – FILIPINY (Palawan, Busuanga, Luzon) / TAJLANDIA (BANGKOK) / POWRÓT DO DOMU

Na Filipinach po raz pierwszy w naszej podróży postanowiliśmy rozdzielić się na dłużej – Artur został w Manili, by przez niemal 3 tygodnie trenować swoje bilardowe umiejętności pod okiem najlepszych trenerów i spotykać najlepszych bilardzistów świata (tak, to Filipińczycy!). Ja tym czasem poleciałam na słynący z rajskich plaż Palawan, gdzie najpierw zadomowiłam się na kilka dni w Port Barton, po raz pierwszy wybierając się na słynny filipiński “island hopping”, potem zaś zmierzyłam się ze słynnym El Nido. Miasteczko okazało się – zgodnie z przewidywaniami – dramatycznie zatłoczone i drogie, ale warto było znieść niewygody życia w nim dla widoków, które miałam okazję podziwiać w trakcie wycieczek A i C łodzią po okolicznych wysepkach, rajskich plażach i lagunach.

Na skuterze dotarłam do najdalej na północ wysuniętych skrawków wyspy, odnajdując te miejsce, które rzeczywiście miały w sobie coś z rajskości, by potem już pożegnać El Nido i po kilku godzinach promowej przeprawy znaleźć się w miasteczku Coron na wyspie Busuanga. Miejsce to jest światową stolicą nurkowań wrakowych i ja także nie odmówiłam sobie przyjemności zejścia głęboko pod wodę, by podziwiać podwodne życie, które rozwinęło się już na zatopionych ponad 60 lat temu japońskich statkach. Nurkowałam też w Jeziorze Barracuda, gdzie woda była gorąca jak w wannie, a ostre skały tworzyły fantazyjne podwodne formacje.

Po kolejnej wycieczce statkiem na najpiękniejsze plaże i do najładniejszych zatok Coron, wróciłam promem do Manili, gdzie stęskniona spotkałam się znów z Arturem. Dwa dni później wsiedliśmy już w samolot do Bangkoku, wiedząc, że w tym pełnym życia azjatyckim mieście dobiegnie końca nasza przygoda – zaczął się nasz powrót do domu.

Przez 5 dni w Bangkoku staraliśmy najeść się po uszy zielonego curry, tak by szybko za nim nie zatęsknić, kupiliśmy przyprawy do odtworzenia naszych ulubionych smaków i ostatnie upominki dla znajomych. W wielkiej tajemnicy przez naszymi rodzinami, wsiedliśmy w samolot, by po 12 godzinach wylądować w Sztokholmie i w kompletnie innym świecie. Było to dla mnie jak podróż międzygalaktyczna, po takim czasie znaleźć się w Europie!

Ostatnim akcentem naszej podróży był przemiły czas w Sztokholmie u CS-owego gospodarza, szybki spacer przez miasto i łapania stopa do odległego o 100 km lotnika Skavsta, by potem w czasie jazdy drżeć o życie! Wylądowaliśmy w Katowicach i dwie godziny później, w środku nocy, zapukaliśmy do drzwi moich rodziców, wprawiając ich w osłupienie. Po równo 500 dniach, 23 października 2018 nasza największa przygoda dobiegła końca!

Co dalej?

Wracamy do naszego starego-nowego życia, które zawsze lubiliśmy. Kochamy bycie w drodze, odkrywanie świata nam się nie nudzi, ale nie jesteśmy typami nomadów, którzy całe życie chcą przewędrować. Lubimy swoje zawody, mamy inne pasje, chcemy się rozwijać na wielu płaszczyznach, no i ostatecznie – mieć kiedyś psa i kota! Będziemy musieli więc mieć też kiedyś dom.

Podróże jednak nie znikają z naszych życiowych planów, nie powiedzieliśmy w tym temacie ostatniego słowa! Miłość do odkrywania świata mamy we krwi i gdy tylko znów wzbudzi się w nas głód podróży – ruszymy przed siebie. Teraz jednak przede wszystkim chcemy nacieszyć się jeszcze tym doświadczeniem, opisać je możliwie skrupulatnie i ciekawie, by stopniowo, krok po kroku, opowiedzieć Wam o wszystkim tym, o czym nie zdążyliśmy.

Na bieżąco możecie nas śledzić na Facebooku i Instagramie. Nie zapomnijcie też wpadać częściej na bloga – tu właśnie lądują najciekawsze teksty i fotografie. Jeśli uważacie, że to, co robimy i jak o tym piszemy, jest warte uwagi – udostępnij link do tego bloga lub któregoś z naszych kanałów w social media. Będzie nam miło, jeśli więcej osób dołączy do naszej podróży prze życie! Dzięki!

Pozdrawiamy!