Autostop,  Góry,  Niemcy,  Przemyślenia,  Rumunia,  Szwajcaria,  Ukraina,  Włochy

Obrazki z podróży

Napisałam kiedyś tekst, który stanowi kompilację wątków z różnych wypadów, lecz koncentrujących się wokół pewnych podobnych zagadnień. Leżał długo na dysku, pomyślałam, że będzie tu dla niego dobre miejsce. To takie małe resume z wyjazdu do Szwajcarii, Rumunii i na Ukrainę. 

Jedzenie

Misja: zakupy

MARAMURESZ, RUMUNIA

Zimno, ciemno, deszcz. Strugami woda leje się z nieba. Wygląda na to, że musi się wypadać za całe dwa tygodnie słońca, które mieliśmy w czasie naszego trekkingu po wierzchołkach Munti Rodnei. Na krętej drodze pod górę – Bartek i ja. I jeden ogromny plecak pełen jedzenia.

Usiłujemy wrócić do schroniska na przełęczy Prislop, między górami Suhard a Alpami Rodniańskimi. Jako drużyna „zaopatrzeniowa” ruszyliśmy we dwoje do odległego o jakieś 20 kilometrów centrum Borsy, by znaleźć sklep i kupić jedzenie dla całej reszty ekipy, która została tymczasem w schronisku. Zjazd na dół był bajecznie łatwy! Kierowca busa zabrał nas do samego centrum, lecz przez to że straciliśmy całkiem głowę, oszołomieni ilością i różnorodnością jedzenia dostępną w hipermarkecie, powrót po ciemku na górską przełęcz okazał się być wyjątkowo trudny.

Kiedy po dwóch tygodniach wcinania makaronu z warzywami zobaczy się supermarket wypełniony przeróżnymi produktami, można oszaleć z wrażenia. Nie trzeba wyjeżdżać do niezwykle egzotycznych krajów czy zaszywać się na pustkowiu – wystarczy kilkanaście dni trekkingu w Karpatach, noclegi powyżej 2000 m. n.p.m. i powracający nieustannie przy każdym posiłku makaron – by po zejściu do cywilizacji oszaleć z nadmiaru wyboru! Spełnienie moich marzeń – jogurt!Jogurt ten został jednak boleśnie okupiony. Ruszyliśmy w górę drogi, wracając w stronę Prislopu. Zrobiło się już ciemno, zacząć lać ulewny deszcz, my brniemy pod górę, poboczem krętej drogi, licząc, że ktoś jeszcze o tej porze pojedzie w góry i weźmie nas ze sobą. Niestety, pusto. Wszyscy wracają na dół, do Borsy. Jeszcze w granicach miasta korzystam z faktu, że na skrzyżowaniu zatrzymało się auto z jakimiś młodymi ludźmi. Podbiegam, pukam w szybkę. Otwierają – oczywiście okazuje się, że nie mówią wcale po angielsku, ale międzynarodowy język uśmiechu, nasze przemoczone ubrania i łamany hiszpański załatwiają sprawę. Podwożą nas kawałek, kilka kilometrów, do uzdrowiskowej granicy miasta. Dalej znów piechotą. Jedynym pocieszeniem jest wspaniale zapakowany plecak pełen łakoci, na który z utęsknieniem czekają nasi przyjaciele w schronisku.

Wszystkie auta jadą w dół. Trochę zdesperowana, zmotywowana świadomością pierwszego od dawna noclegu w łóżku, które czeka na mnie na Prislopie, macham nawet tym jadącym w drugim kierunku. Zatrzymuje się jeep wypchany rozbawionymi młodymi Rumunami. Nie wiem, co palą, ale dymi się z każdego okna. Są bardzo rozbawieni, mili, uśmiechnięci, ale nie rozumieją nic i jadą dalej. Macham, macham i nic. W naszym kierunku nie jedzie żadne auto, a my wciąż brniemy pod górę, kalkulując, że w najlepszym momencie dotrzemy na 6 rano. Znów jedzie coś z przeciwka – łapię! Tylko, że miły pan pokazuje, że jedzie w przeciwnym kierunku i puka porozumiewawczo w licznik mówiąc „gazolina, gazolina!”. Trudno.

Po kilku minutach wraca! Nie wiem, co mówi, ale zachęca nas do wsiadania i już wiemy, że jedziemy z nim na Prislop! Widocznie zrobiliśmy na nim wrażenie naprawdę potrzebujących wsparcia. Tniemy pod górę w absolutnej mgle, przy dźwiękach rumuńskiej muzyki, starając się porozmawiać choć trochę moim łamanym hiszpańskim i jego łamanym włoskim.

Dojeżdżamy! Witają nas mocno zaniepokojeni towarzysze i nawet nie wiem kiedy przejmują plecak. Pablo – bo tak się nazywał nasz kierowca – zostawia nam swój telefonu, mówiąc, że w razie problemów możemy zawsze do niego zadzwonić, my dajemy mu słynny baton de casa i przy licznych „mulţumesc” żegnamy się. Przeszczęśliwi!

Bartek mówi do mnie: – Widziałaś co on miał na hamulcu ręcznym?- Nie, a co takiego?- Hm, kajdanki. Nie chciałem Ci mówić w czasie drogi.Nie miało to znaczenia. Nawet podejrzany Pablo chciał pomóc. Ludzie są lepsi, niż się wydaje.

Gotowanie pod Ratuszem

FRYBURG, SZWAJCARIA

Jeśli ktoś zapyta mnie, co mi się najbardziej podobało w czasie tego czterotygodniowego włóczenia  się tu i tam, to powiem, że absolutny luz kulinarny. Zachwyca mnie idea gotowania i jedzenia byle gdzie. Menażka i palnik są dla mnie synonimami wolności. To element podróżowania, na który ci którzy wysłuchują opowieści pewnie nie zwracają uwagi, ale przyrządzanie posiłków w najciekawszych czy najdziwniejszych miejscach dawało mi ogromną ilość satysfakcji. Najlepiej odczułam to w Szwajcarii. W kraju, w którym wodę można pić z każdej fontanny przyrządzanie posiłków w dowolnym miejscu to prawdziwa frajda! Pamiętam pewną „pulpę” we Fryburgu. Przyjechaliśmy tam głodni prosto z Bern. Od razu rzucił nam się w oczy przepiękny zakątek na starym mieście – gotyckie budynki, nieopodal katedra i fontanna – idealnie! Rozłożyłam swoją przenośną „kuchnię” i z wielkim namaszczeniem zrobiłam najlepsze w takich warunkach danie „jednomenażkowe”, które nie smakuje nigdzie, chyba że w podróży – wtedy to istne delicje! – pulpę, czyli makaron z sosem z torebki i tym co się jeszcze ma pod ręką. Szczęśliwi, że czeka nas pierwszy od dawna ciepły posiłek, rozsiedliśmy się pod fontanną i zaczęliśmy pałaszować. Nagle z jednego z pięknych budynków, które nas otaczały wyszedł elegancki pan z teczką. Popatrzył na nas dobrotliwie, uśmiechnął się i powiedział „Bon Appétit!”. Chwilę potem okazało się, że rozłożyliśmy się tuż pod… Ratuszem miejskim i zostaliśmy niezłą atrakcją w okolicy! Cóż, nie pojechaliśmy podziwiać bardzo egzotycznego kraju, więc sami zostaliśmy egzotyczną ciekawostką.

Gotowanie we Fryburgu.

Ziemniaki pastewne?

ALPY RODNIAŃSKIE, RUMUNIA

Po kilku dniach w górach zaczynają pojawiać się całkowicie niezrozumiałe „smaczki”. Człowiek zaczyna mieć ochotę na jedzenie, które dotychczas albo nie stanowiło dla niego jakiegoś wyjątkowego specjału, albo nawet o lubienie którego by się nie podejrzewał. Mnie dopadł smaczek na ziemniaki z ogniska! I co ciekawe – nie byłam w tym pragnieniu osamotniona. Sebastian też zaczął marzyć właśnie o nich. Może to dlatego, że codziennie przygotowywaliśmy na ognisku – niestety, makaron, a ta atmosfera przywodziła nam na myśl inne ogniskowe dania. Ale skąd, do diaska, wziąć ziemniaki w środku gór!? Pogodziliśmy się z myślą, że smaczek nasz zostanie niezaspokojony. Aż pewnego razu…

Zdobyliśmy właśnie Ineu, drugi co do wysokości szczyt Alp Rodniańskich. Z jego wierzchołka rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok na cały grzbiet pasma, którym podążaliśmy przez ostatnie kilka dni. Pietrosul, Laptalui Mare, Puzdrelor – majaczyły gdzieś w oddali i czuliśmy dumę, mogąc wytyczyć palcem linię od jednego wierzchołka do drugiego i w ten sposób dać obraz całej trasie, którą dopiero co przemierzyliśmy. Powoli godziliśmy się z myślą, że opuszczamy te magiczne góry, by już następnego dnia dotrzeć do granicy Gór Marmaroskich.

Zeszliśmy z Ineu, kierując się w stronę polodowcowego kotła, skrywającego w sobie jezioro, nad brzegiem którego postanowiliśmy tego dnia się rozbić. Schodziliśmy w świetnych humorach, przesyceni malowniczością otaczających nas krajobrazów i gdyby tylko nie ten czekający nas wieczorem makaron… Ach, gdybyśmy mieli ziemniaczki! Zeszliśmy na brzeg jeziora, znaleźliśmy odpowiednie miejsce, by rozłożyć namioty i rozpalić ognisko. I nagle nas zamurowało! Koło kamiennego paleniska zobaczyliśmy reklamówkę, a w niej – ziemniaki! Prawdziwe ziemniaki, porzucone tu w górach, nie wiadomo kiedy i przez kogo! Nie mogliśmy wprost uwierzyć w ten zbieg okoliczności! Oczywiście natychmiast powędrowały do ogniska. Czekaliśmy na nasze ziemniaczki do późna. Daliśmy im się wygrzać w popiele, by potem móc rozkoszować się ich smakiem.

Niestety, po wyjęciu z ogniska okazały się być twarde, chyba surowe i raczej niezjadliwe. Posypaliśmy je solą i spełniając swoją zachciankę – zjedliśmy! Jakie znaczenie miało to, że były to chyba nienadające się do jedzenia pastewne ziemniaki, skoro mogliśmy zjeść je właśnie tu – w górach, u stóp masywnego Ineu! Żadne ziemniaki z ognia mi tak nie smakowały.

Tak, to tu znaleźliśmy ziemniaki!

Krajobrazy

Noclegi

Uwielbiam spać pod namiotem. I w śpiworze. Idea zabrania całego domu ze sobą na plecach dodaje skrzydeł w czasie podróżowania. Świadomość, że gdziekolwiek się wyląduje, będzie można sobie poradzić, rozłożyć ten kawałek płachty, która na okoliczność podróży staje się prawdziwym dachem nad głową i daje – jakże iluzoryczne – lecz niezmienne poczucie bezpieczeństwa.

Najpiękniejsze noclegi to te w górach. Nie zapomnę nigdy nocy nad brzegami polodowcowego jeziora Brebenieskul. Szliśmy z Howerli, radośni po zdobyciu najwyższego szczytu Ukrainy. Wędrówka grzbietem, przy coraz czerwieńszym zachodzącym już słońcu i do koła nieograniczona przestrzeń połonin. Grzbiety górskie po sam horyzont, po kres. Wrażenie przestrzeni, którego nie da się oddać ani słowami, ani zdjęciem. Nagle stanęliśmy nad progiem wielkiego kotła. Powoli zaczęliśmy trawersować jego stoki, schodząc w cień, który już się rozłożył na dnie. Naszym oczom ukazał się mistyczny wręcz zakątek – schowane między zerwami skalnymi jeziorko. To właśnie u jego brzegu rozbiliśmy namioty.

Innym razem spaliśmy na małej przełęczy powyżej 2000 m. n.p.m. z widokiem na Puzdrelor i Laptalui Mare. Tuż obok obozowiska wytryskało źródło, namioty stały na brzegu otwierającej się pod nami, opadającej stromo doliny. Przestrzeń była tak porywająca, tak wszechobecna, że czuć ją można było niemal podskórnie. Ta noc była wyjątkowo krótka. Rano przywitaliśmy wschód słońca. Góry nigdy nie były bardziej mistyczne.

Najwyżej w życiu spałam w Alpach. Jak na warunki alpejskie ponad 2500 m.n.p.m. to niewiele, ale z mojej, polskiej perspektywy – to było coś! Zabrał nas tam Adrien, fotograf u którego nocowaliśmy w Montreux nad Jeziorem Leman. Też kocha góry i postanowił nas zabrać na wycieczkę do stóp Weisshornu. Pojechaliśmy wieczorem, by rozbić namioty i przespać się w górach, a cały następny dzień mieć na wędrowanie. Wschód księżyca w tych okolicznościach był czymś z pogranicza jawy i wyobraźni. A do tego wspólna kolacja zgotowana na turystycznym palniku. Rano ruszyliśmy na Le Toûno– jeden z łatwiejszych do zdobycia okolicznych szczytów. Wdrapaliśmy się z łatwością na pierwszy w naszym życiu trzytysięcznik i daliśmy się ogarnąć związanej z tym euforii! Roztaczał się z niego widok, na opis którego stać tylko pisarzy romantyzmu. Księżycowe kamienne krajobrazy, poprzetykane jeziorami i potężnymi jęzorami lodowców, błyszczącymi gdzieś w oddali. I ta przestrzeń, przestrzeń – tak niepokojąca i tak magnetyczna. I jeszcze element, który całkowicie zburzył patos sytuacji: świstak, który siedział spokojnie na czubku Le Toûno i w ogóle nie robił sobie
nic z naszego towarzystwa.

Zachód słońca, a poniżej jego wschód – Alpy Rodniańskie, z widokiem na Puzdrelor i Laptalui Mare.
Nocleg w Alpach.

Dzikie konie

ŚWIDOWIEC, UKRAINA. ALPY RODNIAŃSKIE, RUMUNIA.

Malowniczość gór ma w sobie coś z kiczowatego obrazka – czasem to, co staje przed oczyma jest niepoprawnie piękne. Takie widoki spotykałam na Ukrainie i w Rumunii i były to pejzaże z dzikimi końmi. Pierwszy raz dzikie konie zobaczyłam po wyruszeniu ze schroniska Perelisok na Świdowcu. Burzowe chmury zbierały się nad połoninami, niebo groźnie ciemniało, u stóp naszych zaległy chmury w dolinach rzek i nagle na tym tle pojawiło się stado koni.

Innym razem opuszczaliśmy granice Gór Rodniańskich i już niemal na samym ich końcu zobaczyliśmy ogromne stado koni – gniadych, karych, siwych – spokojnych i tak malowniczych na tle tego krajobrazu! Nie wyobrażam sobie piękniejszej wizualizacji wolności, był ten landszaft kwintesencją swobody.

Dzikie konie na połoninach Świdowca.
Konie na pożegnanie Alp Rodniańskich.

Ludzie

„Tylko proszę do jutra, bo my tu mamy ślub!”

MARAMURESZ, RUMUNIA.

Nigdy nie sądziłam, że trafię na przedślubną rumuńską imprezę. A stało się to całkiem przypadkiem, kiedy w euforii, która ogarnia mnie czasem w czasie podróży, postanowiłam ot tak – na wszelki wypadek – podejść do jednego z rumuńskich domostw, na granicy Sygietu Marmaroskiego, by zapytać, czy przypadkiem nie moglibyśmy rozbić w ogródku namiotów, bo właśnie szukamy gdzieś noclegu. Jakie było moje zdziwienie, gdy zamiast odpowiedzi „W mieście, za 3 kilometry jest hotel” usłyszałam „Jasne, tylko prosimy nie dłużej niż do jutra, bo jutro mamy tu ślub”. Wspaniale!

Rozbiliśmy nasze namioty kawałek za domem. Jeszcze nie zdążyliśmy się do końca rozpakować, gdy nagle zobaczyliśmy, że w naszym kierunku, od strony domu zmierza mały komitet powitalny – ojciec pana młodego, staruszek, lecz wciąż z błyskiem w oku i jego wnuczka, która ułatwiała nam dogadywanie się, bo mówiła po angielsku. Zobaczyliśmy, że niosą ze sobą „czujkę” zwaną tu też czasem „horinką”, lokalny maramureski trunek, zrobiony bodaj z jabłek. W każdym razie o potężnej mocy, trochę jak nasza łącka śliwowica. Trzeba było spróbować, za zdrowie pary młodej!

Nie minęło dziesięć minut, gdy zobaczyliśmy, że „komitet” wraca z drugą butelką czujki i…z jedzeniem! Poszła w ruch druga butelka! „Za zdrowie rodziców pary młodej!”. A zaraz potem wirował między nami talerz ze smakołykami – rumuńskimi małymi kuleczkami z mięsa, małymi kabanosikami zawijanymi w ciasto francuskie i małymi „kopertami” z ciasta z farszem. Męska część mówiła tylko z zachwytem „Mięso! Mięsko! Po dwóch tygodniach makaronu!”.

Na trzeci toast zostaliśmy już zaproszeni po przedweselnego stołu! Tańce, śpiewy, bruderschafty – cóż z tego, że prawie nie mogliśmy się dogadać, wszak istnieje międzynarodowy język, gdzieś zupełnie ponad słowami.

Autostop

Idea była prosta – jedziemy stopem! Nie tylko ze względu na płytką studencką kieszeń, ale przede wszystkim by lepiej poznać ludzi. Autostop daje szansę przeżycia prawdziwej przygody. Nawet gdy nie jedzie się do bardzo egzotycznego kraju, to podróżowanie z lokalnymi mieszkańcami daje szansę dowiedzenia się dużo więcej o odwiedzanych miejscach niż jakikolwiek przewodnik. Poza tym – autostop uczy zaufania, pokazuje, że ludzie na świecie są wciąż gotowi do pomocy i chętni do poznawania innych – tylko trzeba dać sobie szansę, by się o tym przekonać. My daliśmy sobie taką szansę – autostop i basta!
Nie sposób wymienić wszystkich nietuzinkowych kierowców, którzy nas po drodze wieźli. Każdy z nich miał swoją historię, na jakąś chwilę staliśmy się wzajemnie częścią swojego życia. Poza tym – kiedy jedzie się z kimś godzinę, może dwie, z kimś poznanym całkiem przypadkowo, budzi się gdzieś w środku naturalna potrzeba, czy może chęć, by się wzajemnie obdarować tym, co się ma w tej chwili najcenniejszego – swoją historią, swoim towarzystwem. Mam wrażenie, że często ludziom łatwiej otworzyć się przed poznanym przelotnie autostopowiczem, niż przed kimś bliskim, z własnego otoczenia. To prawie pewne, że już nigdy nie spotkamy się znów, lecz więź, która wytwarza się tak szybko i spontanicznie częstokroć skłania do otwartości.

Myślę, że nigdy nie zapomnę pewnego Persa (sam tak o sobie mówił), którego imienia niestety nie znam, ale którego historia była dla mnie bardzo poruszająca. Wiózł nas z okolic Zurichu w stronę Bern. Był to nasz trzeci dzień w Szwajcarii – dla mnie kraju moich marzeń, raju na ziemi! On opowiedział nam o tym, jak ciężkie jest tu życie emigranta. Mówił o swoim swoistym „przywiązaniu do ziemi”, o konieczności pozostania tam, gdzie pracuje, gdyż w Szwajcarii zmienienie kantonu okazuje się być prawdziwym wyzwaniem dla kogoś innej nacji. Mówił o wynikającym stąd jego osamotnieniu, rozłące z najbliższymi, którzy zostali na południu Szwajcarii, podczas gdy on został na północy, o formalizmie tutejszych urzędników. Zabrał nas dużo dalej niż sam zamierzał jechać. Gdyby nie to, że musiał wracać do Lucerny, gdzie był umówiony na spotkanie, zawiózłby nas do samego Bern. Był niezwykle otwarty, ciepły, spragniony kontaktu. Wiem, że jego historia mogła być niepełna, z pewnością nie była obiektywna, nie mogę na jej podstawie wyrobić sobie zdania na temat szwajcarskiej polityki wobec emigrantów, ale poczułam się wyróżniona tym, że obdarzył mnie swoją historią, że choć spędziliśmy ze sobą nieco więcej niż godzinę, to dla niego była to ta godzina, w której nie czuł się sam.

Autostop na 1880 m n.p.m.

ŚWIDOWIEC, UKRAINA

Powoli kończył się dzień. Przepięknie wyglądały połoniny Świdowca, rozświetlone zachodzącym słońcem. Polodowcowe kotły, miękkie fałdy moren były wymodelowane na sposób iście malarski. Stokiem schodziliśmy w dół, zaraz po zdobyciu najwyższego szczytu – Bliźnicy, by dostać się do wsi, gdzie planowaliśmy zanocować. Hipnotyczny krajobraz sprawił jednak, że nasz marsz był nader powolny, czas spędzony na szczycie za długi, wyglądało na to, że dotrzemy do wsi bardzo późno, tymczasem my musieliśmy się tam zjawić jeszcze przed zmrokiem, by odszukać babuszkę, u której mieliśmy tej nocy szukać schronienia.

Wiedzieliśmy tylko, że jej dom był biały, był koło sklepu i że ona była już bardzo stara i nie wiadomo, czy żyje, ale chcieliśmy spróbować. Musieliśmy jednak sporo przyspieszyć, znacznie bardziej niż to możliwe dla ludzkich nóg. Wtedy okazało się, że życzenia się spełniają nieprzyzwoicie szybko. Usłyszałam za sobą niepokojący warkot. Pomyślałam, że to pewnie jakiś zdezelowany jeep albo traktor, które czasem można spotkać w ukraińskich górach, jako że Ukraińcy niezbyt się przejmują ich rozjeżdżaniem. Nie pomyślałam jednak, że może to być pojazd, który w jakikolwiek sposób mógłby nam pomóc – wszak było nas trzynaścioro, w tak licznym gronie bowiem postanowiliśmy wybrać na wędrówkę po Ukrainie. Nagle zobaczyłam, że wymija mnie ogromny Kamaz, który ma wielką pustą pakę. Odwróciłam się i zobaczyłam Sebastiana, z którego ruchu ust, gdyż zagłuszała go całkiem ta maszyna, odczytałam „ŁAAAP GO!” i pędem ruszyłam za zjeżdżającym szybko w dół Kamazem. Po błocie, po lesie, by go wyminąć i nie wpaść pod koła na wąskiej, błotnistej drodze, by tylko zdążyć mu zapukać w blachę, by usłyszał, zobaczył może, że ktoś biegnie! Nagle – zobaczył mnie w lusterku! Dopadłam kabiny dysząc:

–Weźmiecie…nas…do…Kwasów?
–Wsiadajcie! – odpowiedział Ukrainiec i pędem trzynaście osób zaczęło wdrapywać się na pakę Kamaza. Stop dla trzynastu osób! W środku gór! Jechaliśmy z nim długo, w poprzek strumieni, po szerokim płaju Bliźnicy, ubawieni tym rozbujanym autem, jak gdyby to było safari! Jeszcze ostatnie promienie słońca złapaliśmy we wsi.

Pod Bliźnicą, na krótko przed złapaniem stopa.

Strzeż się turystów!

JEZIORO LEMAN, SZWAJCARIA

Nie widziałam nigdy widoku bardziej zachwycającego niż Jezioro Leman. „Już rozumiem, czemu romantycy pisali takie rzeczy!” – pomyślałam, gdy stanęłam pierwszy raz nad jego brzegiem. A było to pewnego wieczoru, gdy udało się nam się całkiem łatwo złapać stopa z Fryburga prosto do Montreux. Zapytani, dokąd chcemy jechać, odpowiedzieliśmy: „Chateau de Chillon” i niespełna godzinę potem byliśmy już u stóp legendarnego zamku. Spędziliśmy nad brzegiem jeziora, tuż przy zamkowych murach prawie dwie godziny. Dopiero po pewnym czasie doceniłam, jak wielkie szczęście mieliśmy, trafiając tam właśnie w takim czasie. Gdy mijaliśmy jeszcze raz Montreux wracając z trekkingu w Alpach, zobaczyłam, że pod murami zamku kłębią się tłumy turystów, głównie z Azji. Nie zostało w tym miejscu nic z jego urzekającego, mistycznego spokoju, który zastał nas, gdy byliśmy tam po raz pierwszy. Wtedy przy Chateau de Chillon byliśmy sami, teraz nie udałoby się nam zrobić jednego zdjęcia bez zbędnego sztafażu w tle, nie wspominając już o złapaniu choć odrobiny z magii tego miejsca. Dobrze czasem zaglądać do tych najważniejszych miejsc na swojej drodze trochę przypadkowo, trochę późno, może trochę w złym momencie. Może bowiem okazać się, że to właśnie najwłaściwszy z momentów.

“Spokojny jestem i sam / O, Boże! O, szczęście moje! / Jakże dziękować Ci mam?”

“A po polsku nie umiesz!?”

ZGORZELEC, POLSKA. BADEN-BADEN, NIEMCY.

Spotkania z innymi podróżującymi bywają naprawdę zaskakujące. Pierwsze zdarzyło nam się już w Zgorzelcu. Była noc, siedzieliśmy przed stacją benzynową, na ogromnym parkingu dla tirów i wypatrywaliśmy aut osobowych na niemieckich numerach, by jeszcze tego dnia spróbować się dostać do Drezna lub Monachium. Gdziekolwiek, byle bliżej szwajcarskiej granicy. Pod dystrybutor podjechała beemka na niemieckich blachach. Postanowiliśmy spróbować. Olaf podszedł do kierowcy i zaczął: „-Excuse me, are you going to Mon..Munch… Cholera, Sonia, choć, pomóż!” Nie zdążyłam podjeść. Prośba spotkała się z ciętą ripostą: „A po polsku to nie umiesz?!”. Następnego dnia trafiliśmy pod Baden-Baden. Zwiedzenie miasta uznałam za konieczność. Kierowca tira, który nas tu zabrał, umówił nas przez radio w czasie drogi z innym kierowcą, który jechał do Szwajcarii, miał nas zabrać po drodze właśnie ze stacji pod Baden-Baden, ponieważ wcześniej musiał pauzować przez 12 godzin. Mieliśmy mnóstwo czasu na pokręcenie się po mieście i powrót na umówioną stację. Niestety! Nie pomyśleliśmy, że powrót czeka nas po… autostradzie!

Wracaliśmy z miasta na stację już po ciemku. W momencie pogubiliśmy się jeszcze na obwodnicy Baden, nie wiedzieliśmy w którym kierunku zmierzać, by dotrzeć na stację. Po nieustannym przedzieraniu się przez krzaki, przejściu kilkoma mostkami, tunelem dla dzikich zwierząt pod autostradą, a potem wzdłuż wału ziemnego, który ciągnął się przy drodze, dotarliśmy na umówioną stację! Naszego kierowcy nie było, wystawił nas. Siedliśmy na kanapie koło Burger Kinga. Zaczęłam odreagowywać całą tę męczącą, kilkugodzinną nocną przeprawę z miasta na stację, byłam wściekła, że to się tak ułożyło i zarazem szczęśliwa, że wreszcie tu bezpiecznie dotarliśmy.

Nagle podeszło do nas dwóch chłopaków. Już pierwszy rzut oka pozwolił nam ocenić, że to też backpackerzy. Siedli koło nas, zaczęliśmy rozmawiać po angielsku. Okazało się, że też jadą stopem, tylko do Hiszpanii. Zaplanowaliśmy wspólny nocleg w rzeczonym Burger Kingu, zaproponowaliśmy im kolację. Rozmawialiśmy tak dobre 20 minut, gdy nagle wpadło mi do głowy, by zadać im pytanie: „Skąd jesteście?”, „- Z Polski.” – odpowiedzieli. „O cholera!” – wykrzyknął Olaf po polsku i wszystko stało się jasne.

24 godziny w środku niczego

CARNIA, WŁOCHY

Śpieszyliśmy się już do domu. Po zwiedzaniu Szwajcarii i krótkim pobycie w Wenecji wiedzieliśmy, że to na czym nam najbardziej zależało już zobaczone, a teraz obowiązki codzienności nieuchronnie wzywają w stronę polskiej granicy. Kiedy jednak jechaliśmy pełni entuzjazmu w stronę Włoch przez malownicze Col du Grand St. Bernard, nie pomyśleliśmy, że przejechanie Alp w drugą stronę może być trudne. Jak się okazało – było i to bardzo. Spod Wenecji z niemałymi kłopotami dotarliśmy do Udine. Tam zaczęło się wielogodzinne łapanie.

W końcu jakiś starszy pan w stroju iście bawarskim zatrzymał się i niewiele mówiąc zapakował nam plecaki do bagażnika. Myśleliśmy, że z nim przejedziemy aż do austriackiej granicy, jak najbliżej Klagenfurtu. Nie zrozumiał nas jednak wcale. Podwiózł nas wprawdzie sporo, lecz wysadził na wielkiej stacji, zupełnie w środku gór. Było tam kilka sporych magazynów, stacja benzynowa, bramki wjazdowe na autostradę, rondo z wylotówkami na mniejsze drogi do wiosek w górach i… pewien Amerykanin. Na pierwszy rzut oka miejsce wydało nam się idealne do dalszego łapania autostopu, „-Tu musi się zatrzymywać mnóstwo tirów! I to tych długodystansowych! Zaraz złapiemy coś prosto do Cieszyna!”. Nasz entuzjazm osłabł jednak, gdy podeszliśmy do owego Amerykanina i zaczęliśmy z nim rozmawiać. Alan – bo tak miał na imię – już od trzech miesięcy stopował po Europie. Przyleciał do Paryża prosto z Californii, teraz znalazł się tu – w Carnii na granicy włosko-austriackiej i utknął, po raz pierwszy, już na ponad 24 godziny. Gdy to usłyszałam, byłam załamana. W domu miałam zamiar być w przeciągu dwóch dni, tymczasem okazało się, że trafiliśmy do miejsca, z którego nie będzie łatwo się wydostać. Rozmawialiśmy tak jeszcze godzinę, w tym czasie nie jechało
prawie żadne auto.

By nie tracić czasu, a zarazem nie podbierać Alanowi samochodów postanowiliśmy stanąć w innym miejscu, w niewielkiej zatoczce w stronę wylotu na autostradę. Niestety, szybko zostaliśmy stamtąd przegonieni przez policję i wróciliśmy znów na rondo, rozgoryczeni, źli, zdenerwowani. Miałam dosyć. Chciałam wydostać się stąd czymkolwiek, chciałam już po prostu jechać. Moja niecierpliwa na co dzień natura tu dała już w całości o sobie znać. Autostop jednak uczy pokory – cóż mogliśmy zrobić, trzeba było stać i czekać. Nagle pojawił się cień nadziei – jakiś kierowca tira zamachał do naszej trójki i zjechał na parking. Pobiegliśmy do niego. Nie mówił po angielsku. Swoim nader biednym hiszpańskim próbowałam się z nim dogadać. Wzbudziliśmy w nim tylko rozbawienie – dowiedziałam się tylko, że jedzie gdzieś w stronę Klagenfurtu.

Byliśmy już gotowi wsiadać. Zdarzyło się jednak tak, że inny samochód z kompletem pasażerów zatrzymał się obok, miał jakąś awarię. Jak się okazało, byli w nim mówiący po angielsku Włosi. Poprosiliśmy ich, by pomogli nam dogadać się z kierowcą. Po dowiedzeniu się, że zabierze nas, ale w pace tira z załadunkiem, że jedzie do jakiejś miejscowości, której nawet nie było na mapie, że weźmie nas, ale o północy, jak będzie tędy wracał z kolegami, wreszcie po przejrzeniu naszych dokumentów i natrętnych pytaniach czy mamy noże lub inne tym podobne narzędzia, Alan powiedział: „Wiem, kiedy powiedzieć nie. Jeśli chcecie, jedźcie z nim, ja pasuję.” Byłam zdesperowana, miałam w tym momencie poczucie, że jeśli nie z tym kierowcą, to z żadnym się stąd nie wydostaniemy. Olaf namawiał mnie do drogi. Ale wątpliwości Alana, który znacznie dłużej od nas był w podróży, sprawiły, że i ja poczułam, że jechanie z tym kierowcą to nie będzie dobry pomysł. Zbyt wiele wypadków budziło nasze wątpliwości, a przede wszystkim świadomość, że zapakowani wraz z załadunkiem nie będziemy kompletnie wiedzieć dokąd zostaniemy wywiezieni w środku nocy.

Podjęliśmy decyzję: „-Spadamy stąd!” i w najdogodniejszym momencie czmychnęliśmy w krzaki. Szukaliśmy długo miejsca, które będzie się nadawało na rozbicie namiotu, tak by ani nie wzbudzić zainteresowania naszego niedoszłego kierowcy, ani policji. Wreszcie rozbiliśmy się gdzieś w gęstych krzakach, za jedną z hal magazynowych. Jeszcze nigdy nie było nam tak ciasno w tym małym namiocie, ale wiedzieliśmy, że tej nocy nie pozwolimy Alanowi spać na kartonach na daszku jednego z magazynów. Dziś był naszym kompanem i chcieliśmy udzielić mu dachu nad głową – nawet tak prowizorycznego jak w naszym namiocie.

Rano okazało się, że cały tropik oblazły ślimaki. Pozrzucaliśmy je, spakowaliśmy namiot i pędem ruszyliśmy na rondo, łapać dalej. Alana wzięli jacyś Słowacy, dla nas miejsca już nie było. Należało mu się, siedział w tym miejscu dwie doby. My – po kolejnych nieudanych próbach – wróciliśmy autobusem, który akurat tu przejeżdżał, do Udine, tam szukać szczęścia. Te 24 godziny w środku niczego nas pokonały.

Spotkanie

WENECJA, WŁOCHY

Wenecja. Dotarliśmy tu bardzo pokrętną drogą, od Alp przez Bolonię stopem, ale wreszcie się udało. Wysiedliśmy ze stacji pociągu w Wenecji i od razu zalało nas zbyt mocne jak dla mnie południowe słońce i gęsty tłum turystów. Miałam wrażenie, że trafiłam właśnie tam, gdzie nie chciałam – do miejsca, które wszyscy chcą zobaczyć, miejsca gdzie jest pełno turystów, do miasta zbyt wielkiego, pozbawionego uroku wioseczek, które kocham najbardziej. Szczęśliwie
okazało się, że w Wenecji da się szybko zgubić i pozostać w miejscach całkiem odludnych. I choć wciąż było mi za ciepło, to wędrowanie po rozgrzanym, wyślizganym bruku, gdzie nie spotykałam już setek turystów, spodobało mi się. Moja fascynacja architekturą dała jednak za wygraną.” – Musimy zobaczyć Plac Świętego Marka!” – Zaczęliśmy szukać, błąkać się między kanałami, aż wreszcie kupiłam mapę i dotarliśmy. Nie obyło się bez tradycyjnego gotowania w miejscu nietypowym – wszak legendarny plac Wenecji się do tego nadawał, a zdziwione twarze azjatyckich turystów przestały mnie niepokoić. Doczekaliśmy tam zmierzchu.

Liczyłam, że wraz z ciemnością w Wenecji zapanuje spokój, upał zelżeje i będziemy mogli się jej przyjrzeć z bliska. Tak też się stało. Gdy jednak znużyło nas już błądzenie po uliczkach, siedliśmy nad brzegiem Grande Canale i leżąc na pleckach rozmawialiśmy o sprawach bardziej i mniej poważnych.

Postanowiliśmy spędzić noc gdzieś tu, ot tak, byle gdzie, przecież namiotu tu nie rozbijemy. Nagle podeszła do nas para młodych Litwinów. Przedstawili się i nie mówiąc wiele więcej, wyjęli butelkę włoskiego wina. Zaczęliśmy cieszyć się jego smakiem nad wodami Wenecji i rozmawiać – o naszych podróżach, o planach, o tym rozgrzanym mieście, w którym się spotkaliśmy i o tym, co zostało za nami w domach. Greta i Elvis – szybko się zaprzyjaźniliśmy, staliśmy się kompanami tego wieczoru. Ludzie to byli fascynujący, młodzi litewscy studenci, którzy tak jak my, przemierzali świat bliski im za niewielkie pieniądze. Postanowiliśmy spędzić tę noc wspólnie, bo tak zawsze jest trochę bezpieczniej. Znów wniknęliśmy w gąszcz weneckich uliczek, by znaleźć odpowiedni zakątek, by tam „odpocząć”. W końcu tuż koło Placu Świętego Marka wpadliśmy w ślepą uliczkę, na dodatek w pewnym stopniu zastawioną płytami kartonowymi, pozostawionymi tam przez robotników. Wskoczyliśmy za nie i rozłożyliśmy tam nasze karimaty, tak powstał nasz mały obóz. Nawet nie wiem, jak to się stało, ale Elvis znalazł nam do kompanii jeszcze dwóch Francuzów. Zasnęliśmy w jedynym w swoim rodzaju hotelu wielogwiazdkowym – pod rozgwieżdżonym niebem.

Za progiem

Kiedy w tym roku wsiadałam do pociągu jadącego do Przemyśla, nie sądziłam jeszcze, że tak właśnie zaczyna się moja najlepsza podróż. Najpierw chciałam jechać tylko w Karpaty z grupą przyjaciół – tak po prostu, pochodzić po górach, które kocham od zawsze. Ale wyjazd tam i konfrontacja ze swoimi słabościami – głównie fizycznymi – rozbudziły we mnie chęć na wielką przygodę.

Gdy zeszliśmy z ukraińskich gór i pojechaliśmy do Rumunii okazało się, że ludzie na świecie są bardziej serdeczni, niż to się może wydawać, gdy siedzi się w kanapie i ogląda świat przez telewizor. Ludzie są mili, ciepli, zwariowani – mają swoją historię i ja chcę ją poznawać! Ludzie sprawiają, że świat który podziwiamy jest nie tylko piękny, ale przepełniony emocjami, niesie treść. Rumunia utwierdziła mnie w przekonaniu, że odważniej trzeba sięgnąć po marzenia. Powrót do domu, szybkie przepakowanie i w drogę – tym razem, tak na sto procent, właśnie tak jak chciałam! Zawsze myślałam, by gdzieś ruszyć autostopem. Nie musiało to być daleko, bo zaginiony, ciekawy świat można znaleźć bardzo blisko, już tuż za progiem. Ale chciałam, by była to podróż możliwie jak najbardziej „przy ludziach”, „przy ziemi”, by chłonąć ją wszystkimi zmysłami, by czuć ziemię pod stopami i wiedzieć, że oto właśnie – ta prosta tak z pozoru chwila, gdy wkracza się nie nieznanego kraju, to właśnie to, czego poszukuję. I wreszcie przyszła decyzja – Szwajcaria. Bo to kraj gór i jezior, a te lubię najbardziej. Ale ludzie jednak tam są zamożni i trzymają się reguł, policja może być surowa, a włóczęgostwo niemile widziane. „Trudno – spróbuję” – pomyślałam i dziś cieszę się z tej decyzji, bo nie byłam w miejscu bardziej gościnnym i hojniej obdarowanym niezwykłymi krajobrazami. Okazało się wreszcie, że Szwajcaria stała się punktem wyjścia do następnej podróży, bo tuż za granicą leżały Włochy i choć nie ciągnęło mnie tam, to dałam się namówić mojemu towarzyszowi na zobaczenie Wenecji. A z Wenecji droga do domu wiodła przez Austrię.

W górach, nad jeziorem, na poboczu autostrady – tak mijały nam godziny. Przepełnione były one troską o sprawy banalne, absolutnie podstawowe, które jednak sprawiły, że myślenie można było sprowadzić właśnie do esencji, „szpiku życia”. Okazało się, że nie trzeba jechać daleko, ani do bardzo innego, odmiennego kulturowo kraju. Czasem nie wiemy, co jest za naszą własną granicą, więcej – co jest za granicą naszego miasta! A tam właśnie, w tym tak pozornie znanym i oczywistym świecie, za zachodnią granicą jest tyle bogactwa, tyle nieznanych zakątków, tyle egzotyki! Miejsca dobrze znane z folderów reklamowych stają się inne, prawdziwsze, mniej plastikowe, gdy podziwia się je starając się dotrzeć do ich serca.
Ludzie, których spotyka się po drodze – oni nadają całemu przedsięwzięciu rozmachu. Sprawiają, że podróżowanie staje się czymś więcej, niż podziwianiem krajobrazów, staje się odkrywaniem. Europejczycy – tak, widzieliśmy te same filmy z Ameryki, czytaliśmy te same książki i doskonale wiemy, co się w naszym wspólnym świecie dzieje, bo mamy Internet – ale kiedy spotykamy się i po prostu rozmawiamy ze sobą, okazuje się, że tak naprawdę wiemy tak niewiele! Szukamy daleko, a prawdziwe miejsca spoza utartej ścieżki bywają tuż obok! Poza tym, to co najcenniejsze do odnalezienia w podróży najczęściej znajduje się po prostu – w nas. Wystarczy choć trochę oddalić się od swojego domu, by z tej perspektywy inaczej spojrzeć na pewne sprawy i inaczej spojrzeć na samego siebie. I to chyba właśnie sens podróżowania, wtedy cel, dystans staje się drugorzędny.

Kiedy stawałam na poboczu drogi z kciukiem do góry, nie widziałam czego się spodziewać. Pomyślałam tylko: „Niech zacznie się przygoda, niech zacznie się coś niezwykłego!”. I stało się! Krajobrazy stały się mniej odległe i mniej niedostępne niż myślałam, porozumiewanie się bez wspólnego języka bardziej skuteczne, emocje prawdziwsze, a ludzie –serdeczniejsi i lepsi, niż to się może wydawać. I wystarczy tylko przekroczyć próg swojego domu.

One Comment

  • Anonimowy

    Bardzo ciekawy podział, cenne uwagi, piękny opis. Twój blog wyróżnia się wśród innych podróżniczych, bardzo dobrze się czyta, widać, że masz lekkie pióro 🙂 Czekam na relacje z kolejnych podróży!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *