Góry,  Ukraina

Nie ma życia jak na połoninie! Czyli o ukraińskiej odrobinie fantazji i…

Godzina 2:00, pobudka. Zimny prysznic, bo w mieszkaniu tylko zimna woda, nie wiem czemu. “-Trudno, trzeba się przyzwyczajać.” – pomyślałam. Ostatnia ciepła herbata, zrobiona bez wysiłku. I ruszam w drogę. Najpierw pociągiem do Tarnowa, potem przesiadka do Rzeszowa, potem jeszcze do Przemyśla. Przed południem łapiemy busa do granicy i wkraczamy na naszą ścieżkę wiodącą prosto na wschód. Przez następne dwa tygodnie będziemy włóczyć się po ukraińskich bezdrożach w Karpatach.

Ukraińskie góry mają dla mnie jakiś nieodparty urok. Jest w nich coś, co pozwala mi się czuć zupełnie inaczej niż w polskich górach, jest tam zaklęta jakaś magia, tajemnica, wolność. Poza tym uwielbiam w nich to, że żeby je poznać, trzeba w nie naprawdę wejść na dłużej. Nie warto tu każdego dnia wyruszać na szlak z wioski, tu trzeba mieć ze sobą namiot i kilkanaście kilo na plecach, by się nimi nacieszyć. Nade wszystko jednak to, co przyciąga mnie tu najbardziej to fakt, że wystarczy być tak całkiem blisko od domu, a jednak w zupełnie innym świecie.

Wieś prawdziwa

Ługi.

Zachwycają mnie ukraińskie karpackie wsie. To wsie, jakich naprawdę ciężko u nas szukać. No może jeszcze w Bieszczadach lub w Niskim by się takie znalazły, choć wątpię i w to, bo już tam przecież dociera coraz więcej turystów, coraz więcej się zmienia. Ukraińska wieś ma to do siebie, że kiedy gaśnie światło dnia, to robi się tu zupełnie ciemno. Nie ma tu latarni, jest po prostu ciemno. A niebo jest do szaleństwa rozgwieżdżone, można dostać zawrotu głowy. Droga tu szutrowa, pylista i rozgrzana słońcem. Nasze maszerujące nogi wzburzają kłęby gorącego pyłu. Drogą chodzą krowy i konie. Same się tu pasą, wałęsają, nikt się nimi specjalnie nie przejmuje, rozjechać ich tu też za bardzo nie ma co. Jakiś pociągający urok jest w tej ich połowicznej swobodzie. Gdzie chcą to sobie pójdą, pewnie kiedyś tam wrócą, wcześniej się choć trochę tym swoim życiem nacieszą. I podobnie tu żyją ludzie. Trochę się po drodze powłóczą, posiedzą na ławce i pogapią, całkowicie wyłączeni z tego gwaru świata, w którym są komputery, telefony… W sklepie obok – w którym nie ma kasy fiskalnej, bo przecież liczydło wystarczy – jest zimne piwo i dobry ser, i co tam jeszcze będzie trzeba – gdzie się tu śpieszyć? Po co chcieć więcej? Na ukraińskiej wsi zasięgu często też nie ma. Stoją tu drewniane domy, trochę murowanych, jest przystankowa wiata, dwa sklepy i stary, zamknięty już chyba całkiem wiejski dom kultury, jakby ślad minionej epoki.

Powolny powrót do cywilizacji.

Siedzimy i czekamy. Odjechała nasza marszrutka, a to niedziela, na następną nie ma co szybko liczyć. Nie, nie spóźniliśmy się, po prostu chętnych było zbyt wielu, a lokalni mieli pierwszeństwo, jasna rzecz. Kiedy będzie następna – pytamy. – Nie wiadomo, może będzie, może nie. – Nie ma się co stresować. Mamy czas. Kierowca mówi nam, że zrobi jednak jeszcze jeden kurs, za jakiś czas wróci. Więc czekamy. Siedzimy ponad trzy godziny na tej rozgrzanej, szutrowej drodze. Siedzimy na karimatach, część śpi, część pije tanie i dobre ukraińskie piwo i zagryza je serem i krakersami z czosnkowym sosem. Całkowity spokój i luz. Chłopcy idą się kąpać w rzece niezbyt przejmując się faktem, że ich widać z mostu. Kto by się przejmował! W górach jakoś się szybciej traci poczucie wstydu.

Tak, ukraińska karpacka wieś naprawdę ma swój urok. Zazdroszczę jej mieszkańcom tego braku pośpiechu, luzu, dystansu. – Jak się tu żyje? – pytamy. – Spokojnie. I to naprawdę czuć.

“Hej, hej, heeej sokoły!”

Przyjechała marszrutka! I oto zaczyna się dziać niczym pod sceną na rockowym koncercie! Łokcie w ruch, przepychanka, walka jak o przetrwanie – dopadamy drzwi i to MY jedziemy, ha! Za długo tu czekaliśmy, nie odpuścimy! Ładujemy się całą zgrają do tego trzęsącego się autobusu. Marszrutki, jak słowo daję, nie mają limitu pojemności. Ludzie padną tu z braku powietrza, ale wlezą, a kierowca za te 10 hrywien zawiezie. Nie jechałam jeszcze marszrutką, w której obłożenie byłoby mniejsze niż 200%. Ale takie podróże mają swój urok!

Jedziemy do Jasini. Marszrutka wypchana po brzegi. Znad plecaków, które trzymam na kolanach wystaje tylko moja głowa. Nie tylko zresztą ja jestem tak unieruchomiona na grubo ponad godzinę. Nagle – nie wiem już skąd – zaczyna się w marszrutce wielkie śpiewanie! Nie mam pojęcia, czy to Ukraińcy, którzy z nami jechali, coś zanucili, czy my może pierwsi, wiem tylko, że nagle z naszej strony autobusu zaczyna się rozlegać gromkie “Na zielonej Uuuukrainie…”. Dalej już poszło samo. Jedną my, jedną Ukraińcy. Oni ludowe, my ludowe. Potem repertuar ludowych się skończył – to patriotyczne. Potem jeszcze Pieśń o małym rycerzu. Potem na tapetę Kult i powoli wkraczają inne przeboje, często też te jarmarczne, grunt, by się dobrze śpiewało. I tak calutką drogę! A Ukraińcy po swojej stronie też pięknie śpiewają. Co tu dużo mówić – śpiewają piękniej od nas. Głosy ich są subtelniejsze, a piosenki bardziej melodyjne. My się po prostu drzemy, nie ma co. Ale jaka to była wspaniała podróż!

Kamazem i ładą

Łada na połoninach Świdowca.

Niewiarygodne dla mnie jest to, gdzie Ukraińcy potrafią wjechać swoim samochodem. W tym roku nie po raz pierwszy miałam okazję przejechać się po ich górach Gazem czy też Kamazem. Te potężne maszyny wywożą ich wysoko, het ponad górną granice lasu. My postanowiliśmy ułatwić sobie pierwszy dzień wędrówki i dostać się gazem na połoninę Menczula. Nie był to taki bardzo nowatorski pomysł, bowiem już rok temu miałam okazję złapać podwózkę w ukraińskich górach, to tu to tam. Poprzednim razem złapaliśmy takiego stopa pod Bliźnicą i zjechaliśmy do Kwasów. Wtedy padł pomysł, by następnego dnia urwać co nieco z solidnego podejścia na Pietrosa. Tym razem chcieliśmy zrobić to samo. Postanowiliśmy to bez szczególnego zażenowania – wszak plecaki ważyły po 20 kilo, a do przejścia czekało nas jeszcze 150 kilometrów przez kolejne kilkanaście dni i to po solidnych górach.

Pakujemy się!
fot. Piotr Jasiówka

Wstaliśmy wcześnie, chcąc jeszcze zrobić zakupy w lokalnym sklepie i solidnie się wyposażyć przed tym dłuższym czasem spędzonym wysoko w górach. We troje tymczasem poszliśmy szukać domu właściciela gaza, który rok wcześniej wwiózł nas na grzbiet Menczula. Biały dom przy kościele – jest! Pukamy. Jest jeszcze wcześnie, wydaje się, że nikt nam nie otworzy. Nagle otwierają się drzwi i pojawia się w nich wyrwany ze snu mężczyzna, jeszcze ze śladem pościeli odciśniętym na twarzy i ramieniu. – U was jest kamaz – mówię nieśmiało, nie wiedząc, czy mam bardziej mówić do niego po polsku czy po rosyjsku. Jego miny nic nie odda.Zdziwiony, przytakuje. – No to my chcemy kamazem tu – pokazuję na mapie – haraszo? Ustalamy cenę, negocjujemy, negocjujemy – stoi! Jesteśmy umówieni za godzinę.

Z bolesną wprost punktualnością zamówiony gaz zjawia się na miejscu. Wrzucamy na pakę nasze bagaże i już czujemy, że to będzie niezła frajda! Potem zaczyna się i tniemy już w stronę gór! Naprawdę, uwielbiam to i muszę się do tego przyznać! Ekscytujące jest, gdzież oni potrafią tymi kamazami wjechać! Nasz kierowca śmiało przejeżdżał przez spore strumienie, doły, wertepy, stromo pod górę po kamieniach i naprawdę – ta maszyna, która lat ma pewnie więcej niż ja – dała radę! Jechaliśmy z nim tak ponad godzinę, czasem tak blisko krawędzi drogi i sporego urwiska, że zastanawialiśmy się, czy to przeżyjemy. Ale zabawa była przednia!

I już ponad lasem.
for. Piotr Jasiówka

Swoją drogą, Ukraińcy mają specyficzne podejście do gór i z pełną premedytacją je rozjeżdżają. Autami poruszają się tu parkowcy, pasterze, borówkarze. W Czarnohorze nie jest jeszcze tak źle, ale piękne połoniny Świdowca przeorane są dwupasmówkami. Brutalny to gwałt na krajobrazie tych gór. Nie powstrzymuje też Ukraińców park narodowy albo rezerwat biosfery. Co więcej – nasz kierowca zatrzymał się przy budce strażników parku narodowego, wysadził nas byśmy mogli dokonać zapłaty na rzecz parku (sic!) po czym wiózł nas dalej.

Szlakiem trzeba się podzielić…

Na szlaku między Pietrosem a Howerlą, jeszcze tego samego dnia, wyminęła nas nagle…łada! Co to było za zdziwienie, gdy nagle usłyszeliśmy za sobą tumult silnika i ukazała się naszym oczom telepiąca się na wertepach łada na rosyjskich blachach. Naprawdę, nie wiem którędy oni się tu dostali. Nie przewidzieli jednak tego, jak bardzo podmokłe były trasy w Czarnohorze w tym czasie i co kilkanaście metrów auto ich grzęzło w głębokich rowach. Chłopcy dwa razy ich wypychali z tej błotnistej opresji, ale za trzecim razem odpuścili. To było kompletnie bez sensu. Ciekawa dokąd w ogóle ci Rosjanie dojechali…

Pomożecie? Pomożemy!

Trudna sztuka targowania

Gdy dotarliśmy na miejsce noclegowe między Howerlą a Pietrosem, w okolicy Peremyczki, od razu wpadliśmy w sidła dwóch parkowców. Szczęśliwie na dole uiściliśmy opłatę za wstęp i z dumą mogłam im pokazać nasz kwit – wyrwany z zeszytu kawałek szarego papieru, tak stary, że chyba jeszcze pamiętający Związek Radziecki. Strażnicy byli niepocieszeni. Nagle okazało się, że chcemy w tym miejscu nocować. W momencie zjawili się z cennikiem i powiedzieli nam, że za każdy namiot musimy zapłacić. Przekalkulowaliśmy to i okazało się, że będzie to całkiem spora opłata. Wzięliśmy się więc za targowanie. Stanęło na 100 hrywnach za nas wszystkich. W gratisie dostaliśmy jeszcze drewno na ognisko i przykaz rozpalenia go w miejscu, w których akurat stał znak “zakaz rozpalania ognisk”. Oto właśnie wschodni luz.

Odrobina rozpierduchy

Niech wszyscy wrażliwi na estetyczną wartość języka wybaczą mi ten zwrot, użyty w tytule. Długo jednak nad tym myślałam i stwierdziłam, że naprawdę ciężko znaleźć synonim tego wyrażenia. Synonim, który utrafiałby w sedno z taką samą mocną, jak oryginał. Tak bowiem chyba najłatwiej Ukrainę określić – to jest kraj z odrobiną rozpierduchy, kraj, w którym nigdy nie wiesz do końca, co się wydarzy, wszystko tu na gębę i spontanicznie, za każdym razem inaczej. Zaskakująca egzotyka sto kilometrów od polskiej granicy. Jak ja to kocham, tę wschodnią fantazję i luz. Jak ciężko potem wskoczyć w tryby codziennego, szarego świata…

Nie ma życia jak na połoninie!

4 komentarze

  • Anonimowy

    Cześć,
    Od pewnego czasu czytuje Twego bloga i jestem pod wrażeniem, opisy dotyczące wędrówek po górach a w szczególności po ukraińskich połoninach skłoniły mnie do zwrócenia się właśnie w tę stronę. Nie wiem dokładnie ile kilometrów zdreptałaś za wschodnią granicą, ale zapytam, które pasmo jest najbardziej do polecenia, jak oznaczone są szlaki(czy raczej kompas i mapa), targowanie jest pewnie wskazane, łapówki też się uiszcza? Być może jeszcze jakieś rady?
    Pozdrawiam,
    Szymon 🙂

    • Sonia

      Cześć! Bardzo dziękuję, bardzo mi miło, że zaglądasz tu i znajdujesz dla siebie coś ciekawego. Jeśli chodzi o ukraińskie góry, to ja miałam okazję być w Czarnohorze, Gorganach i na Świdowcu. Jeśli chodzi o oznaczenie tras, to raczej już nie ma w tym grupach górskich z tym problemu. Główne szlaki turystyczne są z reguły przetarte i nie ma się co obawiać pobłądzenia. Trzeba jednak mieć dobrą mapę, szczęśliwie po tym terenie jest ich coraz więcej, niekoniecznie WIG – fajne są np. Compassu Gorgany, Czarnohora Ruthensusa, warto też zwrócić uwagę na mapy tych terenów wydawnictwa Dimap. Oczywiście kompas zawsze się też przyda 🙂 Targowania i łapówkarstwo – wiadomo: niefajne, ale jednak co zrobić, kiedy tam jest po prostu powszechne 🙂 Jeśli chciałbyś się na ten temat dowiedzieć trochę więcej, to możesz zajrzeć na stronę monoloco.pl, gdzie ukazują się moje teksty na temat ukraińskich gór – właśnie w charakterze przewodnika, zbioru porad. Tu linki do dwóch, niebawem też najnowszy o Gorganach! Pozdrawiam serdecznie,
      Sonia.

      http://www.monoloco.pl/gory_ukrainy_czesc_i_czarnohora-artykul

      http://www.monoloco.pl/gory_ukrainy_czesc_ii_swidowiec-artykul

  • Anonimowy

    Hej,
    Chciałem podziękować za wyczerpującą odpowiedź. Dzięki także za link do http://www.monoloco.pl, też jest tam kilka ciekawostek. No czyli teraz trzeba zakupić dobrą mapę zebrać kilku ludzi i w drogę, choć pewnie już nie w tym roku…
    Przepraszam że dopiero teraz odpisuje ale właśnie wróciłem z kilkudniowego wypadu:)
    PS. Takie mi się jeszcze pytanie nasunęło. Jeździsz często stopem, a byłaś/słyszałaś kiedyś o Ogólnopolskim zlocie autostopowiczów czy też innych imprezach organizowanych przez forum autostopik?
    Pozdrawiam,
    Szymon.

  • Sonia

    Cześć,

    no niestety póki co nie miałam okazji się na taki zlot autostopowiczów wybrać, ale od pewnego czasu chodzi mi to już po głowie, myślę, że atmosfera musi tam być wyjątkowo inspirująca 🙂 Kto wie, może na następny się wybiorę! 🙂
    Pozdrowienia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *