Przemyślenia

Najgorsze chwile w podróży – wszystkie nasze wpadki i niepowodzenia

Z reguły wszyscy podróżujący opiewają odwiedzane miejsca, chwalą się tym i tamtym, mówią, jak było pięknie, cudownie i tak dalej. Super, że pozytywne emocje i dobre wrażenia pozostają “na wierzchu” wspomnień, ale nie czarujmy się – podróż to nie same blaski! Są i cienie! I dziś opowiem Wam, o naszych wpadkach (mamy na nie swoje własne określenie, ale niezbyt cenzuralne, więc muszę to pozostawić Waszym domysłom) i o tym, gdzie się potknęliśmy, a gdzie czasem z całym impetem walnęliśmy głową o chodnik. Metaforycznie. 

Zamknięta granica Kirgistan – Chiny

No cóż, jakoś nie przyszło nam do głowy, że granica państwa może nie być zamknięta w DNIU ŚWIĘTA, ale cały TYDZIEŃ PO NIM. Byliśmy przewidujący i w dniu Ashury, czyli muzułmańskiego święta obchodzonego w Kirgistanie, nie wybraliśmy się na granicę, zakładając, że nikt wtedy nie pracuje. Nic bardziej mylnego. Wszyscy wtedy byli w pracy, ale zaraz następnego dnia zrobili sobie tygodniowe wakacje w ramach rekompensaty…

Przyjeżdżając do Irkeshtam w dniu Ashury, wieczorem, odbiliśmy się od ściany, a w zasadzie od granicznego szlabanu. I to dosłownie! Granica została zamknięta punkt 18:00, a my byliśmy tam kilka minut po… Musieliśmy cały tydzień (!!!) spędzić jeszcze w Kirgistanie, co zaowocowało przemierzeniem w sumie dodatkowe trzy razy trasy Osz – Sary Tash – granica chińska w Irkeshtam. Mieliśmy jednak sporo szczęścia w tym nieszczęściu, bo dostaliśmy zaproszenie od poznanej w drodze Anary i jej rodziny, by zostać przez tydzień w ich domu…pod granicą z Uzbekistanem.

Granica kirgijsko-chińska – aż nazbyt dobrze nam znane miejsce.
Po ciężkiej nocy, nieudanym przekraczaniu granicy, lądujemy na tydzień u Anary i Ruslana w ich domu w Kara-Suu. Tu w ich sklepie z kołdrami.

Wyrabienie wizy do Indii w Pakistanie

Pluliśmy sobie w brodę całe dwa tygodnie w Islamabadzie, że nie wyrobiliśmy wizy do Indii jeszcze w Polsce. Nie wiem właściwie, co nam przyszło do głowy, że postanowiliśmy aplikować o nią w kraju, który jest śmiertelnym wrogiem Indii! Tony papierologii, wyższa cena, mnóstwo stresu i zachodu, i wreszcie stracony czas – 2 tygodnie niekończącego się oczekiwania, wycieczek i telefonów do biura pośredniczącego (bo w Pakistanie wizy do Indii nie załatwia się nawet osobiście w ambasadzie), podczas gdy – teoretycznie – wiza miała być gotowa w 3 dni! W Polsce załatwilibyśmy to na pewno sprawniej i bez nerwów. 

Dlaczego doszło u nas w ogóle do tej pomyłki? Oczywiście przed wyjazdem z Polski orientowaliśmy się, do których krajów wizę lepiej wyrobić w ambasadzie, ale o Indiach wiedzieliśmy, że można tam wjechać z e-wizą, którą dostaje się bez problemu przez Internet. Niestety, nie sprawdziliśmy, że…e-wiza dotyczy tylko wjazdu do kraju drogą lotniczą, a jeśli chce się przekroczyć granicę lądową trzeba zawalczyć o tradycyjną wizę wklejaną do paszportu.

Na pocieszenie mogliśmy myśleć, że ostatecznie nie poszło nam najgorzej, bo znajoma para z Niemiec, która aplikowała w ten sam sposób co my, na wizę do Indii czekała chyba z miesiąc, została wysłana na przymusowe szczepienie na polio (choć ważne szczepienie mieli wbite w międzynarodowych książeczkach!), a ostatecznie i tak nie uniknęła osobistej wycieczki do konsula, żeby w ogóle coś uzyskać…Także, mogło być jeszcze gorzej!

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się o tym, jak cały proces wygląda, przeczytacie o tym tutaj.

Lot z Leh do Delhi

Panie…to był chyba najgorszy dzień w całej naszej podróży! Tego co się wtedy działo w naszych głowach, na pewno nie będę w stanie opisać, ale postaram się Wam dać próbkę. Kiedy wjeżdżaliśmy do Ladakhu, zdawaliśmy sobie sprawę, że przez opady śniegu możemy nie być w stanie z niego wyjechać drogą lądową, dlatego przezornie, trzy tygodnie wcześniej, kupiliśmy bilet na samolot. Obawy się sprawdziły – na kilka dni przed naszym odlotem, wszystkie drogi były zasypane i Ladakh był dostępny już tylko z powietrza. Nie ruszało nas to wcale, bo przecież mieliśmy kupione bilety w Air India, u narodowego przewoźnika, co więc mogło pójść nie tak?

Stawiliśmy się na czas na lotnisku i…wtedy dowiedzieliśmy się, że nasz samolot nie odleci, z uwagi na złą pogodę (wszystkie linie komercyjne wystartowały, ale Air India nie). Dostaliśmy informację, że mamy czekać, po 15:00 jednak loty zostały – jak każdego dnia – zawieszone, pojechaliśmy więc z powrotem do miasta i czekaliśmy na obiecany telefon. 

Gdy go w końcu dostaliśmy, był to największy strzał adrenaliny, jaki chyba w życiu przeżyłam – Air India z radością obwieściło nam, że nasz lot następnego dnia się też nie odbędzie i że możemy dostać zwrot pieniędzy. Rozumiecie?! Nie podstawili żadnego dodatkowego samolotu, choć wiedzieli, że ponad 100 osób dzień wcześniej nie wyleciało, a drogi są zamknięte! Postanowiliśmy walczyć o swoje, więc skoro świt pojechaliśmy na lotnisko, które…otoczone już było kordonem wojska i nie wpuszczało sfrustrowanych pasażerów z odwołanego dzień wcześniej lotu! Mnie jakimś cudem wpuszczono do środka (właściwie to bardziej wtargnęłam), a Artur musiał w tym czasie czekać na srogim, ladakijskim mrozie przed drzwiami. 

Po kilku godzinach dochodzenia się z obsługą Air India, znoszenia bezczelnego zachowania kierownika, który obracał się do mnie plecami, mówiąc, żebym mu nie zawracała głowy, a wreszcie po rozkręceniu srogiej awantury, jako jedni z nielicznych dostaliśmy miejsce w innym samolocie lecącym do Delhi. To był dramat i najgorszy stres, jaki nas w tej podróży spotkał! Nie tylko dlatego, że nie mieliśmy zupełnie innej drogi wydostania się z Ladakhu (a oczywiście bilety na kolejne dni albo były wykupione albo horrendalnie drogie), ale też z powodu totalnego braku procedur, chamstwa i ignorancji, jaka nas spotkała ze strony przewoźnika i obsługi lotniska. Oczywiście o żadnym odszkodowaniu czy rekompensacie nie było mowy, choć pisałam oficjalne skargi, gdzie się dało. Ech, nie ma to jednak jak opóźniony czy odwołany lot w Europie…

Kto by pomyślał, że opuszczenie Leh okaże się takie trudne.

Brak dolarów na granicy z Nepalem

W tej historii nie mamy nic na swoje usprawiedliwienie. Narobiliśmy sobie problemów na własną prośbę! Wybierając się z Indii, konkretnie z Waranasi, do granicy z Nepalem, niby wiedzieliśmy, że będziemy musieli uiścić opłatę za nepalską wizę w dolarach, ale jakoś nie stresowało nas to, że ich nie mamy. Myśleliśmy, że przecież “jakoś to będzie”, “na pewno ktoś tam kasę wymienia albo przyjmują w rupiach” i YOLO. Poza tym w przededniu naszego wyjazdu wszystkie banki i kantory w Waranasi były zamknięte (obchodzono wtedy lokalne Diwali) i to nas dodatkowo zdemotywowało do szukania miejsca na wymianę kasy. 

Wsiedliśmy do nocnego autobusu, który – akurat wtedy gdy nam na tym zupełnie nie zależało – jakoś niespodziewanie dowiózł nas na miejsce na czas (a nawet trochę wcześniej!). Wylądowaliśmy więc o 3 w nocy na granicy Indii i Nepalu i wtedy zrozumieliśmy, że nasz plan zdobycia tu dolarów może być absolutnie beznadziejny.

Wszystko było zamknięte, więc trzy godziny przesiedzieliśmy pod budką indyjskiego strażnika granicznego. Gdy przed świtem podłe miasteczko zaczęło budzić się do życia, poznaliśmy okolicznych cinkciarzy, którzy próbowali zedrzeć z nas ile się dało, oferując najgorszy kurs we wszechświecie. W tym miejscu muszę dodać, że wykazaliśmy się totalną krótkowzrocznością biorąc ze sobą na granicę w zasadzie wyliczoną idealnie sumę rupii indyjskich, która odpowiadała kosztowi dwóch wiz do Nepalu.

Wymieniliśmy rupie indyjskie na nepalskie po jeszcze akceptowalnym kursie i podjęliśmy straceńczą próbę przekonania strażników po nepalskiej stronie, żeby przyjęli w nich opłatę. Mission impossible, nie było na to szans. Co mogliśmy zrobić, gdy byliśmy “wymeldowani” już oficjalnie z Indii, ale bez pieniędzy by wjechać legalnie do Nepalu? Chodziliśmy od jednego kantora do drugiego przez dobre kilka godzin, by kupić dolary po takim kursie, żeby nam starczyło. Aha, no i oczywiście dolary wydrukowane po 2003, bo inaczej urząd imigracyjny ich nie przyjmie (omal się na to nie nacięliśmy!). Po wizycie u setki różnych cinkciarzy i twardych negocjacjach, w końcu nam się udało. Czemu nie wypłaciliśmy po prostu więcej kasy, żeby wymienić ją na spokojnie na dolary? Żaden z dwóch okolicznych bankomatów NIE DZIAŁAŁ!

Powiem tylko, że na koniec tego wszystkiego, po nieprzespanej nocy i walczeniu o dolary, nie mieliśmy już nawet grosza przy sobie, by kupić bilet na autobus do Pokhary w Nepalu. Siły na łapanie stopa nie mieliśmy tym bardziej. Na szczęście kierowca autobusu zgodził się nas zabrać za obietnicę zapłaty już u celu, co finalnie też się skończyło niemałą awanturą, ale tej historii to już Wam oszczędzę…

Granica Indii i Nepalu, której mieliśmy serdecznie dosyć!

Nieudany drugi wjazd do Chin, kupione bilety i płyta główna do komputera w drodze…

Gdy wyjeżdżaliśmy z Polski mieliśmy właściwie tylko jedno ograniczenie czasowe – zdążyć wjechać drugi raz do Chin w przeciągu pół roku do wyrobienia wizy (czyli w naszym przypadku niemal do końca 2018). I jak się możecie domyślać, ten jedyny wiążący nas termin oczywiście przegapiliśmy. Dlaczego? Poczuliśmy trochę za bardzo zew wolności i się nie spieszyliśmy, ale też zawaliliśmy kilka spraw po drodze, jak widzieliście wcześniej – utknęliśmy na dodatkowy tydzień w Kirgistanie, na dwa więcej w Pakistanie, a na dodatek wybraliśmy się jeszcze na trzy nieplanowane wcześniej tygodnie do Uzbekistanu (ale to akurat była fantastyczna decyzja!). 

To, że nasza wiza wygasła z końcem listopada nie powstrzymało mnie przed tym, żeby planować wycieczkę do Chin i żeby kupić tam loty z Nepalu (nie było nas stać na wjazd drogą lądową, przez Tybet). Co więcej – akurat w Nepalu zepsuł się mój komputer, więc Artur chcąc go uratować, zamówił dla mnie płytę główną w Chinach i wysłał na adres naszej pierwszej hostki z CouchSurfingu, do Chengdu. I to wszystko to wcale nie była jakaś kompulsywna decyzja, o nie! Poczytałam w Internecie dużo opinii o chińskiej ambasadzie w Kathmandu, dowiedziałam się, że wizy dla Polaków są w Nepalu wydawane właściwie od ręki, nic mnie więc nie martwiło w tym zakresie.

Kiedy nadszedł czas, z samego rana powtórzyliśmy tę – jak nam już dobrze znaną – wizową procedurę. Wczesna pobudka, kompletowanie wszystkich niezbędnych dokumentów, biegiem do druku i jeszcze przed otwarciem ambasady – ustawienie się w kolejce. Byliśmy pewni swego, bo pierwszy raz składaliśmy komplet legitnych dokumentów: prawdziwy bilet na samolot, autentyczna trasa podróży, wstępne rezerwacje zgodne z tym, co rzeczywiście zamierzaliśmy zrobić. Jeśli kiedyś będziecie składać wniosek o wizę do Chin, to szybko się zorientujecie, że złożenie wszystkich dokumentów zgodnie z prawdą jest niemalże niemożliwe, ale nam się udało! No i wiecie co – nam ten wniosek odrzucili!

Początkowo nic nie zwiastowało katastrofy, złożyliśmy dokumenty (choć w stresie też musieliśmy je zmieniać, bo przy okienku okazało się, że są trochę “zbyt prawdziwe”, jak zasugerowała urzędniczka) i pojechaliśmy zwiedzać okolice Kathmandu niczym się nie martwiąc. Niestety, niebawem dostaliśmy telefon z ambasady z wezwaniem na rozmowę. Przebiegała ona w niezbyt miłej atmosferze, a my byliśmy szczegółowo wypytywał o nasz pobyt w Pakistanie. Po tym wszystkim pani przez mikrofon obwieściła na całą ambasadę, że nasz wniosek wizowy został odrzucony. Na dwa dni przed naszym lotem do Chin!!!

Niestety, interwencje, żale i płacze, prośby i groźby – nic nie pomogło. Z chińskimi urzędnikami się nie dyskutuje, po prostu. Co usłyszeliśmy? Że z powodu pobytu w Pakistanie przez 6 tygodni nasze dokumenty muszą zostać wysłane do Pekinu i tam sprawdzone, co potrwa 2 miesiące! Jeśli chcemy tę procedurę przyspieszyć, to możemy sobie jechać do Polski i stamtąd aplikować.

W ten sposób straciliśmy nie tylko mnóstwo nerwów i okazję na zobaczenie Chin, ale też ponad 800 zł/os. za lot (w Azji to meeega dużo pieniędzy), dodatkowo moja płyta główna warta 80 dolarów też powędrowała nie wiadomo gdzie i trzeba było kombinować jak ją odebrać (przekierowanie do Laosu zajęło kolejne dwa miesiące i dodatkowe $$$). Czy naprawdę wizyta w Pakistanie była powodem odrzucenia naszych wniosków? Nie wiem. Znam osoby podróżujące bez problemu do jednego i do drugiego kraju. Niestety, w tej podróży Chin nie udało nam się już zobaczyć, bo kolejne próby aplikowania w pozostałych krajach też spełzły na niczym. 

Zgubienie w niewyjaśnionych okolicznościach 85 000 kipów laotańskich

Na tle powyższych historii to może małe nieszczęście, ale ja bardzo przeżywałam. Kiedy jedzie się do Azji i dzienny budżet wynosi 50 zł, to zgubienie 40 zł to prawdziwy cios. Do dziś nie udało nam się ustalić, jak do tego doszło, przypuszczam, że w trakcie jednej z pierwszych transakcji w nowej walucie musiałam pomylić nominał albo ktoś wydał mi nieodpowiedni banknot, a ja się nie zorientowałam. Niestety, laotańskie kipy o dużych i niskich nominałach są do siebie podobne. 

Nieszczęsny Chiński Nowy Rok w Laosie

Tu znów winić należy zły los i niefart. Byliśmy w Laosie, podróżowanie szło nam świetnie i nawet na niesławnej drodze z Vang Vieng do Luang Prabang złapaliśmy stopa bez problemu. Z Chińczykami. Szybko się okazało, że całe miasteczko jest jedną wielką chińską kolonią, co oznaczało kompletny kryzys hotelowy. Nie wiedzieliśmy tego wcześniej, ale Chińczycy w dobie Chińskiego Nowego Roku szturmują Laos i właściwie wykupują wszystkie miejsca noclegowe. Ceny też natychmiast idą w górę, tak że za jedną noc w podłym hostelu musieliśmy zapłacić 4 razy tyle co zazwyczaj! Na domiar złego, akurat w tym nieprzyjemnym w owym czasie, dramatycznie zapchanym przez chińskich turystów i kręcącym coroczną karuzelę komerchy Luang Prabang, Artur się okropnie pochorował i przez kolejne kilka dni nie mogliśmy się ruszyć. Mieliśmy też nieprzyjemny incydent z hostelem, w którym jakimś cudem udało mi się znaleźć dla nas miejsce, opłacić je, lecz w chwili, gdy przyszliśmy się meldować, zostaliśmy wyrzuceni, bo ktoś inny zapłacił więcej. Taki wtedy w miasteczku był klimat. Nikomu nie polecam tego przeżyć.

Tak się prezentowało Luang Prabang w czasie obchodów chińskiego nowego roku.

Pojechanie autostopem na wyspę Cat Ba w Wietnamie

Kolejna nasza głupota i działanie z serii “na pohybel!” Do Hanoi przyjechał Donald Trump i mieliśmy nieszczęście być wtedy w tej okolicy. Nieszczęście, bo wszędzie pojawiła się policja, wszystko było obstawione szczelnie, na każdej wylotówce i też dobre kilkadziesiąt kilometrów za miastem stały patrole przeganiające nas z dróg, ale my uparcie łapaliśmy stopa. Chcieliśmy dojechać na wyspę Cat Ba, więc naszym pośrednim celem stało się miasteczko Haiphong. Dotarcie tam zajęło nam cały dzień i nastręczało mnóstwo problemów w związku z kontrolami policji. Ale udało się! Niestety, nie był to finał zmagań, bo musieliśmy jeszcze znaleźć prom na wyspę. Mówiono nam, że nic nie ma, próbowano wcisnąć na super drogą prywatną łódkę, kosztowało nas to wiele nerwów, lawirowania między niepewnymi ofertami i trudnych negocjacji. W końcu się udało i zostaliśmy wsadzeni do autobusu, a potem na prom i wyczerpani dotarliśmy wieczorem na Cat Ba. I wtedy doczytaliśmy w Internecie to i owo, i okazało się, że…gdybyśmy kupili w jakimś hostelu w Hanoi transport bezpośrednio z miasta na wyspę, to wyszłoby nas taniej. Cóż, chytry dwa razy traci (ale co się naprzechodziliśmy na dziko przez krzaczory i jak forsowaliśmy nielegalnie bramę, to nasze!).

Hanoi jak zawsze gotowe! Tym razem na spotkanie Trumpa i Kima.
Takie przeszkody musieliśmy pokonać, by dostać się na wylotówkę z Hanoi.

Wypad na Koh Mook w Tajlandii

Gdy wróciliśmy po raz trzeci do Tajlandii, obiecaliśmy sobie małe wakacje na jakiejś rajskiej wysepce. Przecież wszyscy po to jeżdżą do Tajlandii, znalezienie takiego miejsca wcale nie musi być takie trudne, prawda? Zależało nam, by nasza wymarzona rajska wysepka była w południowej części kraju, byśmy mogli się potem szybko przedostać do Malezji, żeby w miarę łatwo i tanio można było na nią dotrzeć i żeby było po prostu pięknie, cicho i kameralnie.

Zrobiłam w internecie porządny research i omamiona widokami idealnych białych plaż i palm nurzających się w wodzie, wybrałam – Koh Mook. To miał być nasz raj na ziemI! Ruszyliśmy tam oczywiście autostopem, przeżyliśmy tropikalną ulewę i nocleg w namiocie przed komisariatem (w pakiecie ze skorpionem), ale mieliśmy dobre nastroje, bo trzymaliśmy się wizji rajskich rozkoszy następnego dnia, gdy już dopłyniemy na wyspę.

Dotarliśmy do przystani, skąd odpływały niewielkie, prywatne łodzie na Koh Mook. Mimo sporej ceny wskoczyliśmy do jednej i po kilkudziesięciu minutach wychodziliśmy już na długie molo prowadzące na wyspę. Nie wiem, czy ostatecznie spędziliśmy na niej 3 godziny, ale ten czas wystarczył nam, by objechać ją całą i zorientować się w boleśnie oczywistej prawdzie: bajkowe Koh Mook, które widziałam na zdjęciach i blogach nie istnieje. Przynajmniej nie poza bajońsko drogim resortem zlokalizowanym na cyplu wyspy. Tam może i jest idealny piasek, przejrzyście czysta woda i przyjemnie skrzypiące bambusowe bungalowy. Poza tym Koh Mook przypominało wysypisko śmieci, z zawalonych odpadkami kanałów między domami unosił się nieprzyjemny odór i nawet pad see ew mieli tam najgorsze, jakie jadłam. Podjęcie decyzji nie zajęło nam dużo czasu – ewakuujemy się stąd! Z wielkim trudem udało nam się wynegocjować transport łodzią z powrotem do portu – już nawet nie bolała nas tak bardzo strata pieniędzy za łódkę, chcieliśmy po prostu uciec z tej wyspy. Pojechaliśmy prosto to Trang, gdzie Artur zaniemógł na dwa dni i tak się skończyła nasza romantyczna wizja idealnych wakacji od wakacji na tajskiej wyspie. 

“Rajskie” Koh Mook.

Zjedzenie tylko jednego wegetariańskiego burgera w Nepalu

Ten podpunkt dodał tu Artur, bo ja nawet nie do końca wiem, co straciłam, bo nie zjadłam ani jednego wegetariańskiego burgera w Nepalu. Słuchanie o jego doskonałym smaku było jednak wyrafinowaną torturą, jaką stosował na mnie mój partner już do końca wyjazdu. A historia stoi za tym taka: z okazji Świąt Bożego Narodzenia zamieszkaliśmy w prowincjonalnej dzielnicy Kathmandu, gdzie przypadkiem znaleźliśmy – jak to zazwyczaj bywa zresztą – obskurną, lecz przepyszną knajpkę. Ja zamówiłam swój ulubiony makaron chowmein, a Artur wegetariańskiego burgera. Bardzo żałowałam, że moje danie było takie sycące, bo Artur rozpływał się nad swoim burgerem z każdym kęsem, ale ja nie dałam rady już zjeść takiego. Trzeba jeszcze wspomnieć, że ta kanapka, która wywindowała Artura do kulinarnego nieba kosztowała jedynie 2,70 zł! Obiecaliśmy sobie, że następnego dnia rano wrócimy w to miejsce i zamówimy jedzenie na wynos, żebyśmy mogli spokojnie zjeść po burgerze marzeń na lotnisku (tego dnia wylatywaliśmy już do Tajlandii). Niestety, coś poszło nie tak, źle sprawdziliśmy transport, musieliśmy iść na inny przystanek – nie mogliśmy już dotrzeć do obskurnej, pysznej knajpki. Na lotnisku nie mieliśmy za to żadnego żarcia, ani żadnego miejsca, gdzie można było je kupić, co tylko pogłębiało moją rozpacz. Nigdy już nie spróbowałam najlepszego wegetariańskiego burgera za 2 złote 70 groszy, a Artur mógł tylko wspominać rozkoszny smak swojej kanapki. 

Kathmandu, Nepal.

Oczywiście różnych potknięć, małych i większych nieszczęść było w tej podróży więcej: dwa wypadki na motorze, z czego jeden dosyć poważny, zniszczony obiektyw aparatu, stłuczka na skuterze, spowodowana przez lokalsa i jego ucieczka z miejsca zdarzenia, różne oszustwa i kanty, których nie udało nam się zdemaskować, niedogadanie z kierowcą autostopu i tak dalej. Mimo wszystko jednak muszę powiedzieć, że ostateczny bilans tej podróży wychodzi według mnie na wielki plus! Wszystkie te problemy w podróży tylko nas zahartowały, czegoś nauczyły, a po czasie możemy je wspominać z uśmiechem. Na szczęście z wszystkich większych i mniejszych opresji wyszliśmy obronną ręką, nie złapaliśmy żadnej tropikalnej choroby, nie musieliśmy ewakuować się z żadnego kraju. Słowem: mogło być gorzej!

Macie swoją listę niepowodzeń w trasie? Dajcie znać w komentarzach. Mam nadzieję, że finalnie żadne z nich nie były brzemienne w poważne konsekwencje!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *