Góry,  Ukraina

Na zakazanym szlaku – Karpaty Marmaroskie

Od trzech lat nieustannie wracam w Karpaty Wschodnie, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że bez wizyty w nich moje wakacje byłyby niepełne. Coś magicznego, magnetyzującego jest w tych górach i dzięki temu nienazwanemu genius loci trafiłam tam i w tym roku. Tym razem jednak udało mi się dotrzeć na szlak, który naprawdę niewielu ma okazję przemierzyć, a ja wciąż napawam się radością, że należę do grona szczęśliwców, którym było to dane.

Wielotygodniowe przygotowania, telefony, listy, maile, trudne rosyjsko-ukraińsko-polskie rozmowy i pisma, aż wreszcie zadzwonił mój telefon i ucieszony Sebastian odezwał się po drugiej stronie słuchawki, mówiąc: “Mamy pozwolenie!”. Dzięki jego żmudnym staraniom i niebywałej skuteczności nasza ekipa dostała pozwolenie od ukraińskich służb granicznych na przejście jedynego w swoim rodzaju szlaku – grzbietem Karpat Marmaroskich, którym biegnie także pilnie strzeżona granica ukraińsko-rumuńska. Pozwolenie, które otrzymaliśmy, było jak dotąd jedynym wydanym w tym roku.

Dlaczego tak bardzo wszystkich porwała wizja takiego przejścia i przemaszerowania grzbietem właśnie tych gór? Odpowiedź jest prosta: kto choć raz zobaczył z Howerli czy Popa Iwana Czarnohorskiego, jak wygląda Pop Iwan Marmaroski czy Fărcăul ten na pożąda zdobycia tych gór. Poza tym przejście tej trasy daje też możliwość dotarcia na Stoha, czyli słynny triplex, dawny trójstyk granic: polskiej, czechosłowackiej i rumuńskiej. Nie mówiąc już o widokach – na pasmo Czarnohory z drugiej strony, na potężnego Fărcăula na Rodniańskie…Czekaliśmy tego wszyscy z niecierpliwością!

Karpaty Marmaroskie, które dziś dzieli ukraińsko-rumuńska granica, to góry wciśnięte między potężne masywy Czarnohory – na Ukrainie i Alp Rodniańskich – już po rumuńskiej stronie. Na najwyższy szczyt – Fărcăul, mierzący 1961 m n.p.m., nie dotarliśmy, bo on w głównej grani nie leży, ale naszym głównym celem stał się Pop Iwan Marmaroski, najwyższy w głównym grzbiecie i wznoszący się na wysokość 1940 m n.p.m.

Pop Iwan Marmaroski po lewej we mgłach.
Dilowe. Załatwiamy formalności.

Z Dilowego ruszyliśmy w góry. Na szczęście i tu zadziałała podstawowa zasada ukraińskiej turystyki kwalifikowanej – to znaczy taka, że odpowiednim autem da się wyjechać wszędzie. Zapakowaliśmy się naprawdę porządnie doładowane plecaki na pakę, a sami ruszyliśmy na lekko. Następne dni utwierdziły nas w przekonaniu o tym, jak słuszna była to decyzja, bo wędrowanie dalej z naszym załadunkiem bywało mordercze.

Plecaki jadą na górę.
Spotykamy pana w drodze powrotnej.
Oto po jakich drogach potrafią jeździć ukraińscy kierowcy!
Pierwsze widoki na Marmarosze.

Brnęliśmy powoli lasem, nie mogąc doczekać się osiągnięcia porządnej wysokości, a wraz z nią widoków. Wieczorem nasz wysiłek został wynagrodzony – wydrapaliśmy się już w okolice Popa Iwana Marmaroskiego, a z miejsca naszego noclegu roztaczał się przepiękny widok na otaczące nas wierzchołki Marmaroszy. Nocleg w turystycznym schronie – chatce, a rano ruszyliśmy zdobyć górę, dla której tu przybyliśmy – Popa Iwana Marmaroskiego. Trochę martwiły mnie chmury, które owiewały szczyt cały czas, zagrażając roztaczającym się z niego widokom, ale ostatecznie udało się zobaczyć całkiem wiele. I choć widoczność nie była zachywcająca, to radość ze zdobycia góry przeważyła! Schodząc na przełęcz zauważyliśmy, że czeka na nas już graniczny patrol rumuńsko-ukraiński. Panowie, przekonawszy się, że legalnie wędrujemy tą trasą, puścili nas wolno.

Nocleg pod Popem Iwanem.
Początek wędrówki na szczyt.
Widoki ze szczytu!
Pozwolenie – najcenniejszy element naszego bagażu!
Pop Iwan Marmaroski zdobyty!
Wędrujemy granicą. Wierzchołek Popa w tle.

Kolejny dzień okazał się być dla mnie najgorszym chyba, jaki spędziłam w górach. Po nieprzespanej nocy poczułam się bardzo słabo, miałam mdłości i dreszcze. Wędrówka z ciężkim plecakiem stała się dla mnie wyjątkowo trudna, każdy krok kosztował wiele, a z godziny na godzinę czułam się gorzej. Zastanawiałam się, co tak naprawdę się stało i pierwszym co przyszło mi do głowy był udar cieplny. Kiedy jednak okazało się, że nie tylko ja w naszej grupie odczuwam takie dolegliwości, zaczęłam myśleć, że to pewnie jakieś zatrucie lub coś podobnego. Droga w kierunku Stoha była dla mnie prawdziwą męczarnią. Niezbyt przytomnie maszerując, potknęłam się i na domiar złego nadwyrężyłam poważnie kolano. Miałam poczucie, że wszystkie złe przypadki dopadły mnie tego dnia. Jakieś dwa kilometry od zapowiedzianej mety siadłam na trawie i wiedziałam już, że dalej nie dam rady pójść. Byłam gotowa zasnąć tu i teraz, gorączka, dreszcze – wszystko to pozostawiło mnie bez krzty sił. Najdzielniejsza ekipa ruszyła przodem, by zostawić swoje rzeczy, a potem wrócić po nasze plecaki – tych, których powaliła dziwna przypadłość i dzięki ich pomocy dokulaliśmy się jakoś na nocleg z widokiem na nieodległego Popa Iwana Czarnohorskiego.

Pop Iwan Marmaroski widoczny w tle.
Naszym oczom ukazuje się jak na dłoni całe pasmo Czarnohory!
Pod Stohem.
W stronę Popa Iwana Czarnohorskiego.
fot. Maciek Barczyk.
Z widokiem na Bliźnicę i grzbiet Seszula.
fot. Maciek Barczyk.
fot. Maciek Barczyk.
fot. Maciek Barczyk.
Kryzys. Brak sił.
fot. Maciek Barczyk.
Kończy się ten feralny dzień pięknym zachodem słońca.
fot. Maciek Barczyk.
Obóz pod Popem Iwanem Czarnohorskim.
Namiot-izolatka 🙂
Siły wracają.

Cały następny dzień musiałam spędzić w namiocie, regenerując siły. Wiadome już było, że nasz plan przejścia przez Popa Iwana Czarnohorskiego i dotarcia do Chatki u Kuby będzie niewykonany. A zależało nam na tym, bo tam właśnie umówiliśmy się z Pawłem i Natalią – dwójką, która miała do nas dołączyć, byśmy wspólnie ruszyli dalej do Mołdawii i do Rumunii. Dopiero dzień później, gdy moja dziwna choroba odpuściła, spakowaliśmy namioty i już tylko we czwórkę zeszliśmy do doliny i do Szybenego – absolutnego końca świata. Tu znów pogranicznicy upewnili się, że nie przekroczyliśmy granicy nielegalnie, a potem ruszyliśmy marszrutką w stronę Werchowyny. Ta podróż – naprawdę niezapomniana – jak i sam środek transportu jakim jest marszrutka, domaga się osobnego sprawozdania, teraz więc poprzestanę tylko na tym, jak dotarliśmy ostatecznie do Kołomyji, gdzie skompletowaliśmy nasz sześcioosobowy skład na mołdawsko-rumuńską część tripu. Co działo się dalej – opiszę niebawem. Póki co pożegnaliśmy na kilka dni Karpaty, by wrócić w nie trochę bardziej na południe.

Doliną Pohorylca w stronę Szybenego.
Spotkanie w Kołomyji!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *