Kazachstan

Astana miała być brzydka, a Karaganda nudna… – nasze pierwsze dni w Kazachstanie

Po naszych przylocie do Astany, postanawiamy wybrać się na spacer po mieście. Postanawiamy przejść je piechotą, by je naprawdę zobaczyć. Choć słyszałam o Astanie dużo złego, to na mnie jednak robi bardzo dobre wrażenie. Miasto jest bardzo czyste, choć nigdzie nie ma koszy na śmieci i też ekip sprzątających nie widać! Ot, taki fenomen.

Budowle są rzeczywiście ogromne i futurystyczne, czasem w złym stylu. Ale to mimo wszystko bardzo ciekawy miks. Przestrzeń jest ogromna i widać, że to nowo wybudowane miasto na pustym stepie. Zmieściło się wszystko. Są potężne wieżowce o “giętkich” ścianach, są szerokie prospekty i parki. Jest w gruncie rzeczy całkiem przyjemnie.

Odwiedzamy największy namiot na świecie, w którym jest centrum handlowe, ale na jego otwarcie przyjechali prezydenci wszystkich byłych republik radzieckich (sic!), potem idziemy główną, reprezentacyjną aleją miasta do wieży Bayterek, gdzie wjeżdżamy na górę do złotego jaja, na 97 metrów wysokości – symbolu jedności wielokulturowego i wieloreligijnego kraju. Udajemy się jeszcze na przechadzkę po mieście w stronę Piramidy Jedności i widzimy też największy meczet w tej części Azji.

Centrum handlowe w największym (ponoć) namiocie na świecie.
Bayterek tower – symbol miasta.
Nowoczesna architektura Astany.

Po ponad 20 kilometrach piechotą, wracamy do hostelu wykończeni. Kolejnego dnia rano jedziemy na wylotówkę, tego dnia mając w planach dostać się do Karagandy. To nasz przystanek z konieczności – muszę wygłosić prezentację na uniwersytecie online, więc potrzebujemy dostępu do Internetu i cywilizacji. W Karagandzie mamy już zarezerwowany hostel. Na wylotówce kurzymy się okropnie. Droga jest szeroka, ruch ogromny, na plandece zapisujemy nazwę docelowej miejscowości. Ludzie są bardzo pozytywnie nastawieni, ale nikt się jakoś w naszym kierunku nie wybiera. Po niemal godzinie zatrzymuje się autobus.

Podbiegam zapytać o cenę – kierowca mówi, że za 1500 tenge (15 zł) nas zabierze, ale są tylko miejsca siedzące. Mówię więc, że my autostopem i jakoś tak niemrawo próbuję się z nim komunikować. On na to: 1000 tenge na głowę. Podbiegam do Artura zapytać go o zdanie. Idziemy z plecakami. Gdy znów jesteśmy pod autobusem gość stwierdza, że pieniędzy jednak od nas nie chce.

Wylotówka do Karagandy.
Nasze miejsca, może niezbyt wygodne, ale nie szkodzi, jedziemy!

Jedziemy niemal 4 godziny po raz pierwszy podziwiając step. Widoki są z jednej strony dosyć monotonne, z drugiej to coś jednak fascynującego zobaczyć tak wielką otwartą przestrzeń. Ludzie są bardzo pomocni. Na początku lokujemy się na schodach i bardzo nie chcemy nikomu zająć płatnego miejsca, ale gdy tylko takie się pojawią, od razu nas zaczepiają i sugerują, by się przesiąść. Ostatecznie spędzamy tę podróż w całkiem wygodnych warunkach.

Karaganda to niezbyt ciekawe miasto. Zatrzymujemy się tu w zasadzie tylko z konieczności. Idziemy do hostelu wzdłuż potężnej drogi, jest mało przyjemnie, szaro i buro. Docieramy na miejsce przez okropnie zaniedbane i strasznie smutne osiedle, gdzie jednak bawi się pełno dzieciaków. Wołają za nami “turisty, turisty” i domagają się zdjęć, wołając “Instagram”.

Docieramy do hostelu, który w gruncie rzeczy jest całkiem przyjemny, a pani zaraz od wejścia każe nam zakładać na stopy foliowe buciki jak w szpitalu. I wtedy okazuje się, że…pomyliłam dni i moje wystąpienie i rezerwacja jest dopiero w środę. Załamuję się nad własną głupotą, a zarazem ma a sytuacja w sobie jakiś komiczny urok. Udaje nam się jednak wynegocjować pokój na najbliższą noc, choć okazuje się, że kosztuje dwa razy tyle ile mówił booking.com Nie mamy wielkiego wyboru – zostajemy. Zaczyna się kombinowanie – co zrobić. Wysyłam kilka requestów na CS i zanim jeszcze pójdziemy spać, okazuje się, że mamy miejsce na następną noc w Karagandzie. A więc zostajemy w mieście i w zasadzie nie wiemy jeszcze, co będziemy robić, ale postanawiamy podporządkować nasze plany mojemu wystąpieniu.

Rano wstajemy o 9, co dla nas jest wciąż 5 rano…ale dajemy radę! Nasz host zaprasza nas do siebie przed 11, więc nie ma co marudzić, trzeba wstawać. Ostatecznie decydujemy się dojechać do niego taksówką, co kosztuje nas w sumie 6,50 zł. W ten sposób poznajemy Azika – młodego dosyć mieszkańca Karagandy, który pracuje jako ekonomista na tutejszym uniwersytecie. Mimo, iż nie miał wiele czasu na przygotowanie, bo niedawno wrócił z Rosji, to decyduje się nas przyjąć, za co bardzo jesteśmy mu wdzięczni! Nasz pobyt zaczynamy od herbaty i takiej zwyczajnej rozmowy, jest zupełnie fajnie. Dowiadujemy się, że koło Karagandy był ogromny gułag, a także, jakie to miasto ma związki z pierwszymi lotami kosmicznymi.

Pomnik Gagarina w Karagandzie.
Nasi nowi znajomi z Karagandy i nasz host – Azik – po prawej.

Miało być nudno i z konieczności, a zaczyna się zupełnie fajnie! Azik zabiera nas na spacer, wyruszamy kilkoma ładnych zadrzewionymi prospektami w kierunku jego uniwersytetu. Idziemy między innymi ulicą Lenina, mijamy pomnik Gagarina – okazuje się, że w Karagandzie kosmonauci zatrzymywali się przed dotarciem do Bajkonura i lotem kosmicznym. Stwierdzamy, że skoro to najbliższe miasto, to może warto tam podjechać i kosmodrom zobaczyć. Okazuje się jednak, że to…ponad 800 km dalej! No cóż, inna skala odległości obowiązuje w Kazachstanie.

Kiedy Azik musi już iść do pracy, robimy mały spacer po mieście, a potem Artur udaje się na emocjonującą rozgrywkę w ruską piramidkę, czyli tutejszą odmianę bilarda. Na początku niezbyt się integrujemy, ale potem dzieje się to bardzo szybko i Artur szybko zostaje lokalną atrakcją, z którą każdy chętnie zagra. A jemu idzie całkiem nieźle, choć to wymagająca odmiana bilarda!

Wieczorem znów spotykamy się z Azikiem, który zabiera nas na spotkanie do międzynarodowego klubu, gdzie gra się w planszówki i wchodzi na godziny i za nie płaci. Jest bardzo fajnie, poznajemy bardzo miłych ludzi i gramy w Jengę. Towarzystwo jest wesołe i bardzo otwarte, ludzie słysząc o naszej podróży są naprawdę pod wrażeniem, a my – cóż, my jesteśmy jeszcze dosyć speszeni, bo to dopiero 4 dzień.

Wracamy wcześnie z pewnym żalem – trzeba się stawić na czas przy solidnym łączu wi-fi. I tak – z kilku dni w miastach, które miały być nudnym i koniecznym przystankiem w naszej podróży, stały się świetną przygodą i pierwszą okazją, by poznać bliżej mieszkańców Kazachstanu. Oby więcej takich pozytywnych zaskoczeń!

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *