Porady

Co zabrać w długą podróż? – sprzęt turystyczny

Temat tego, co spakowaliśmy do naszych plecaków na tak długą i zróżnicowaną podróż zdecydowanie jest jednym z tych, który Was najbardziej interesuje. Niejednokrotnie dostawałam takie pytania na Facebooku, osobiście w trakcie slajdowisk, a także teraz w ankiecie na Instagramie wszyscy zgodnie uznali, że chcą o tym poczytać. Proszę bardzo!

Nie jestem wybitną specjalistką w sprawach sprzętowych i sama najchętniej wpadam np. na blog Łukasza Supergana albo na blog 8a.pl, by poczytać o fajnych, nowych i zaawansowanych technologicznie rozwiązaniach. Mimo wszystko jednak właściwie wszystkie moje dotychczasowe wyjazdy wymagały użycia sprzętu trekkingowego czy campingowego, sporo go też już przetestowałam, a moje wybory są zawsze bardzo przemyślane i poparte długim researchem i lekturą, więc mam poczucie, że coś jednak w temacie wiem. Wybierając sprzęt do Azji – i nowy, i spośród tego, co już mieliśmy – poświęciłam temu sporo uwagi. Po 500 dniach w podróży, gdzie wędrowaliśmy od Himalajów w minusowej temperaturze, po rozgrzane słońcem indonezyjskie wybrzeże stwierdzam, że wybraliśmy dobrze.

Śpiwór

Szukając śpiwora do Azji, zależało mi na tym, żeby był dosyć lekki (niewiele ponad 1 kg), ciepły (obowiązkowo limit temperatury komfortu na minusie, bo wiedziałam, że niektóre noce w Himalajach czy górach Azji Środkowej będą zimne), syntetyczny (bo taki łatwiej się konserwuje i utrzymuje ciepło nawet jak zostanie przemoczony) i niezbyt drogi.

Ostatecznie wybór padł na Women’s Marmot Trestles Elite 30. Jego parametry to:

  • Waga: 1090 g
  • Komfort: -1.3 °C
  • Cena (maj 2018): 540 zł

Zdecydowałam się na wersję dla kobiet, gdyż ten model ma lepsze parametry i dodatkowe ocieplenie, zwłaszcza w tych rejonach, gdzie kobiece ciało najszybciej oddaje ciepło – np. w okolicy stóp. Przy porównywaniu różnych modeli śpiworów Marmota okazało się, że te damskie wersje są ciut cieplejsze, co wynika z faktu, że dziewczyny szybciej odczuwają chłód (swoją drogą, wiedzieliście o tym?)

Artur wybrał model z tej samej serii, ale w wersji standardowej i nie miał dodatkowego docieplenia. Efekt? Często marzł, gdy dla mnie temperatura była idealna! Wprawdzie jego śpiwór ważył trochę mniej i zajmował znacznie mniej miejsca, ale mnie w moim nigdy nie było zimno, nawet śpiąc na srogim minusie w nieogrzewanej chatce tuż pod przełęczą Thorung La w Nepalu!

Parametry śpiwora Artura – Marmot Trestles Elite 30 Regular:

  • Waga: 920 g
  • Komfort: +3 °C
  • Cena (maj 2018): 500 zł

Jak się sprawdził w podróży? Moim zadaniem bardzo dobrze! W zasadzie nigdy w nim nie zmarzłam (choć oczywiście zawsze śpię w bieliźnie termicznej, a gdy było naprawdę zimno wkładałam jeszcze na siebie cienką puchową kurtkę), zdarzyło mi się też spać przy znacznie wyższych temperaturach (w Azji południowo-wschodniej) i przy rozpięciu suwaka mniej więcej do połowy wcale się też w nim nie gotowałam! Śpiwór się świetnie kompresuje, ma duży, wygodny kaptur, specjalnie ukształtowaną przestrzeń na stopy, co daje sporo swobody, małą kieszonkę na najpotrzebniejsze rzeczy, suwak z obu stron, z tym po jednej rozsuwa się tylko do połowy (dzięki temu można łatwo wyregulować temperaturę) i mój ulubiony bajer – fluorescencyjne suwaki, dzięki czemu nigdy nie trzeba ich rozpaczliwie szukać w nocy!

Testy tuż przed wyruszeniem w podróż! Maj 2018.

Prześcieradło do śpiwora

Wielu z Was pewnie w ogóle się zastanawia, czy warto je brać. Ja powiem krótko: zdecydowanie tak! To nie tylko kilka dodatkowych stopni w razie naprawdę niskiej temperatury czy świetne zabezpieczenie przed nadmiernym brudzeniem śpiwora. Przede wszystkim podziękujecie sobie za to prześcieradło za każdym razem, gdy pod namiotem będzie za ciepło, żeby spać w śpiworze lub gdy w hostelu zobaczycie pościel, co do czystości, której możecie mieć uzasadnione wątpliwości. Niemożliwe? Przesada? Nic bardziej mylnego! Są kraje w Azji, gdzie w ogóle się nie sprząta pokoi przed kolejnymi gośćmi, nie mówiąc o takiej fanaberii jak wymiana pościeli, więc wyjęcie z kieszeni własnego prześcieradła to naprawdę szach-mat dla brudu w tej – zdawałoby się – beznadziejnej sytuacji.

My wybraliśmy jedwabne linery z Decathlona – najtańsze rozwiązanie. Zależało mi na tym, by jednak był to jedwab, a nie poliester czy bawełna. Jedwab ma dobre właściwości termiczne, szybko schnie, jest znacznie lżejszy i łatwiej się kompresuje niż inne tkaniny. Ogólnie jestem z tego wyboru zadowolona, choć muszę przyznać, że prześcieradło popruło się na szwie nieraz (ale to efekt dosyć brutalnego obchodzenia się z nim). Tu nie ma wielkiej filozofii, spełniło swoje zadanie.

  • Waga: 100g
  • Cena (wrzesień 2017): 130 zł

Mata samopompująca

Ten element ekwipunku turystycznego wymagał dokładnego przemyślenia sprawy. Do wyboru mieliśmy: matę samopompującą, materac dmuchany i zwykłą karimatę. Ta ostatnia – mimo niezaprzeczalnych zalet, jak niska cena i prostota w obsłudze – odpadała z uwagi na jej gabaryty. Bałam się też zdecydować na materac w obawie, że nie wytrzyma niedelikatnego obchodzenia się z nim. O zaletach i wadach każdego z tych trzech wariantów polecam Wam poczytać w tym wpisie Łukasza. Po zastanowieniu się, czego tak naprawdę my potrzebujemy, ostatecznie zdecydowaliśmy się na maty samopompujące Fjord Nansen Enmo Light. Wybraliśmy matę, bo uchodzi za bardziej trwałą niż materac, jest jednak znacznie cięższa i ponoć też od niego mniej wygoda. Zakup tego konkretnego modelu podyktowany był kompromisem między wagą a ceną – wśród mat to jeden z najtańszych modeli.

Nie mogę powiedzieć, że był to nasz ulubiony element ekwipunku, ale zasadniczo spełnił swoje zadania. Mnie na macie spało się całkiem wygodnie i bez porównania lepiej niż na zwykłej karimacie. Niestety maty Fjord Nansen nie okazały się tak dobre technicznie, jak sobie życzyliśmy: trzeba było w nie i tak wdmuchiwać powietrze, bo to „samopompowanie” rzadko kiedy skutecznie działało, zdarzało się, że z maty przez noc powietrze uciekało (mimo tego, że nie namierzyliśmy żadnych dziur), co gorsza w egzemplarzu Artura doszło do rozerwania poszczególnych „kieszonek” z powietrzem w ten sposób, że łączyły się one w jedną – ewidentnie wewnętrzna struktura maty została naruszona.  

Ostatecznie jednak maty swoją funkcję spełniły dobrze i za te pieniądze nie oczekiwałam od nich więcej. Moja mata wygląda po podróży całkiem nieźle i zamierzam jej wciąż używać. Do zwykłej karimaty chyba już nie wrócę.

  • Waga: 570 g
  • Cena (wrzesień 2017): 190 zł

Namiot

Namiot był jednym z tych elementów ekwipunku, którego przed podróżą do Azji nie zmienialiśmy i pojechaliśmy z moim starym, wysłużonym i ukochanym Hannah Troll III. Jest to namiot ciężki (3,5 kg), ale przestronny i wygodny dla dwóch osób z bagażem. Namiot w którym można nie tylko spać, ale po prostu funkcjonować. Jeżdżąc na weekend braliśmy ze sobą ultralekki namiocik, w który trzeba się było wślizgnąć i przespać do rana, ale na tak długą podróż, gdy w namiocie zdarzało nam się spać przez kilka dni z rzędu albo przeczekiwać przez kilka długich godzin deszcz, nie wyobrażałam sobie takiego rozwiązania.

Mojego Hannah Troll III używałam już w sumie 10 lat i dopiero w Azji zdarzyło się, że trochę przemókł. Po podklejeniu wysłużonych szwów ducktapem i zlokalizowaniu kilku dziur w podłodze udało nam się jego wodoszczelność przywrócić. Nigdy też nie zawiódł nas stelaż, który oparł się każdej wichurze. Materiał przy suwaku nieco się sfatygował i musiałam go szyć, ale to w zasadzie jedyne uszkodzenia, jakie go spotkały.

Dziś tego namiotu nie znajdziecie już w sprzedaży, producent wypuścił jednak następcę swojego kultowego modelu – to Hannah Tycoon. Podobnie jak Troll to namiot uniwersalny i dostępny dla każdego, bo niedrogi – można go kupić w Internecie za ok. 200 zł. Pewnie kiedyś stanę się jego posiadaczką, bo mój ukochany Troll został na zasłużonej emeryturze na Filipinach!

Mój Hannah Troll w dolinie Hunzy, północny Pakistan.
Czasem było zbyt gorąco, by spać pod tropikiem. Tajlandia, maj 2019.
Pożegnanie z moim ukochanym, lecz wysłużonym namiotem na Filipinach.

Plecak

Oboje pojechaliśmy w tę podróż z plecakami Deutera. Ja z dosyć potężnym i już wiekowym modelem AirContact 55+10 + 6l kieszeni bocznych , Artur z lżejszym i nowszym Deuterem Act Lite 45+10. Każde z nas swój plecak miało już od pewnego czasu i przed podróżą nie zdecydowaliśmy się na wymianę na coś innego. Zaletą było to, że nie musieliśmy się martwić zniszczeniem czy kradzieżą nowych, wypasionych plecaków, wadą fakt, że ja nosiłam na plecak stary technicznie i przez to ciężki model (aż 2580 g!), Artur zaś na moje oko używał modelu zbyt delikatnego na to, co go w Azji spotkało. Ale pora na słowo oceny każdego z tych modeli osobno.

Mój AirContact 55+10 pomieścił wszystko czego potrzebowałam, nosiło się go szalenie wygodnie (średnio miałam na plecach 17 kg, więc sporo), mogę powiedzieć, że mimo tak intensywnego użytkowania, na plecaku nie ma śladu po tych wszystkich perypetiach. Wady? Ciężki jest! Dziś chciałabym podróżować ze znacznie lżejszym modelem, o ile byłby równie wygodny!

Ja i mój Aircontact w trakcie trekkingu wokół Annapurny, Nepal.

Act Lite 45+10 był lekki (1690 g), ale przez to też mniej wytrzymały. Siateczki się poprzedzierały, znacznie lżejsze i delikatniejsze zapięcia popękały. Jak na to, co ten plecak przeszedł, można taki stopień zużycia zaakceptować, ale myślę, że na tak intensywną wyprawę lepiej wziąć bardziej wytrzymały model, nawet kosztem większej wagi. Redukcja ciężaru w tym modelu odbija się też na braku użytecznych w długiej podróży bocznych kieszeni (Artur nieustannie mi zazdrościł moich!), plecak był mniej pakowny, a gdy mieścił w sobie 17 kg (Artura średni bagaż też tyle ważył) to był – moim zdaniem – mało wygodny. Wiem, co mówię, bo miałam go parę razy na plecach.

Artur i jego Act Lite 45+10 w Tien Szan, Kazachstan.

Te modele nie są już najnowsze i nie powinny stanowić Waszej pierwszej linii wyboru, ale nie mam wątpliwości, że plecaki Deutera jako takie zdecydowanie mogę polecić! Mojego Aircontact używam już 9 lat i jest nie do zniszczenia, mam też małą Futurę, która też jest rewelacyjna. Jak dla mnie te plecaki warte są każdych pieniędzy.

Kijki trekkingowe

Nie miałam wątpliwości, że na wyjazd, gdzie będziemy sporo chodzić po górach, musimy zabrać kije trekkingowe. Były z nami w podróży przez pół roku, odesłaliśmy je z Nepalu, ale wcześniej służyły nam fantastycznie na szlakach Kazachstanu, Kirgistanu, Pakistanu i Nepalu. Każdy kto raz zacznie z nimi wędrować i przekona się, jak fantastycznie odciążają kręgosłup i kolana, nie będzie chciał już bez nich chodzić w góry.

Górski trekking bez kijków to dla mnie mordęga.

Wybierając kije w tę podróż zależało mi na tym, by były maksymalnie lekkie, składane tak, bym mogła je całe schować do plecaka (a nie tylko do niego przypiąć) i znów – niezbyt drogie. Była to w ogóle zasada, którą się kierowałam przy doborze sprzętu do Azji. Chciałam, by w razie straty całego ekwipunku lub którejś jego części, nie wypłakiwać sobie oczu.

Zdecydowałam się na model Fizan Compact 3 Light – najlżejsze, trzyczęściowe kije aluminiowe na rynku. Nie potrafię fachowo ocenić wszystkich subtelności związanych z użytkowaniem kijów, ale powiem tak: te sprawdziły się jak dla mnie fantastycznie. Nigdy się nie wygięły ani tym bardziej się nie złamały (a okazji było sporo!), kiedy z nich nie korzystałam i nosiłam je przy plecaku, to nie ciążyły mi bardzo, bo są lekusieńkie, a w trakcie trekkingu mogłam się śmiało na nich opierać i nigdy nie odniosłam wrażenia, że są niestabilne, giętkie etc. Jak dla mnie 10/10

  • Waga pary: 340 g
  • Cena (maj 2018): 175 zł
Kije to niezastąpiona pomoc przy pokonywaniu trudności na szlaku.

Kuchenka turystyczna + naczynia

W podróż pojechały z nami dwie kuchenki – klasyczna, prosta kuchenka nakręcana na butlę z gazem (kupiłam ją już bardzo dawno, więc nie umiem Wam powiedzieć, co to za model bo nie pamiętam) oraz maleńka kuchenka turystyczna Esbit Pocket Stove Small na paliwo stałe. Miało być to dla nas zabezpieczenie w tych krajach, gdzie o kartusz z gazem trudno. Niestety, wziąwszy pod uwagę, że do gotowania używaliśmy silikonowych naczyń Sea to Summit (o których więcej pisałam w tym wpisie), to kuchenka na paliwo stałe kompletnie się nie sprawdziła – nie da się na niej kontrolować rozmiaru płomienia i zbyt łatwo mogliśmy uszkodzić nasz cenny silikonowy garnek. Kuchenka Esbit pojechała więc do domu już w Kirgistanie, ale i tak uważam, że to bardzo fajny wynalazek – jest bardzo lekka, tania, można śmiało przewozić ją w bagażu podręcznym. W zestawie z metalowym kubkiem czy zwykłą menażką to świetne, weekendowe rozwiązania na zagotowanie wody na campingu. Do dłuższego gotowania raczej się nie nada.

  • Esbit Pocket Stove Small – cena (maj 2018): 44 zł

O naczyniach Sea to Summit nie będę tu już więcej pisać, bo charakterystykę tego sprzętu znajdziecie w poście o przydatnych gadżetach w podróży, zapraszam.

Filtr do wody

O filtrze do wody Sawyer Mini pisałam już we wspomnianym poście o gadżetach i tam znajdziecie wszystkie szczegóły tego bardzo użytecznego urządzenia. Powiem tylko, że według mnie warto wydać te niecałe 200 zł, by móc spokojnie pić wodę w zasadzie z dowolnego źródła i nigdy nie martwić się szczególnie, czy żołądek to wytrzyma. Myślę, że Sawyer Mini będzie jeździł ze mną teraz na wszystkie campingowe wyjazdy.

  • Waga: 57 g
  • Cena (maj 2018): 170 zł

I to tyle w temacie najważniejszych elementów naszego turystycznego ekwipunku do Azji. Jeśli macie jakieś pytania odnośnie któregoś z przedstawionych przedmiotów, możecie śmiało pisać w komentarzach. Dajcie też znać, czy używacie któregoś z tych modeli i jak się sprawdzają. Może przetestowaliście jakieś inne rozwiązanie i możecie śmiało je polecić? Chętnie przyjmę wszystkie sugestie, jak zmienić swój podróżniczy bagaż na jeszcze lepszy, lżejszy i trwalszy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *