Indie

Dolina Nubry – spełnione marzenie o bajecznym Ladakhu

Zdecydowaliśmy ruszyć do legendarnej doliny Nubry – ponoć jednego z piękniejszych miejsc Ladakhu. Czuliśmy, że będzie to zadanie ambitne – chcieliśmy tam dojechać autostopem, po drogach, które stanowiły już małe wyzwanie dla kierowców. Przejechać mieliśmy przez jedną z najwyższych na świecie przejezdnych przełęczy – Khardung La Pass (5359 m n.p.m.). 

Zaczęło się kiepsko – spakowaliśmy tylko potrzebne rzeczy na kilka dni i wyszliśmy na główną drogę do Nubry na obrzeżach Leh. Przeszliśmy przez całe miasto, by do niej dotrzeć i okazało się, że droga jest w remoncie (o czym nie było słowa przy wejściu na nią), więc maszerowaliśmy chyba z godzinę po kompletnie rozkopanych przedmieściach, czasem z trudem lawirując między głębokimi rowami, koparkami i bezdomnymi psami. Oczywiście żadne auto nie jechało i wiedzieliśmy, że będziemy musieli długo, długo iść pod górę, zanim dotrzemy do miejsca, gdzie wychodzi ruch z miasta. 

Uciążliwe wychodzenie na obrzeża Leh.
Możemy zacząć łapać stopa!
BRO przypomina: to najwyższa przejezdna droga świata! Prawda jest taka, że…to jedna z najwyższych. Kilka lat temu dokładnie zmierzono wysokość przełęczy Khardung La i okazało się, że jest 240 m niższa niż zakładano. Tytuł najwyższej przejezdnej drogi przypadł Semo La w Tybecie (5565 m n.p.m.).

Gdy dotarliśmy na miejsce byłam już cała zgrzana i zmęczona. Na dodatek ruch nie powalał, większość przejeżdżających aut to były taksówki, które wiozły swoich klientów w głąb doliny za cenę, na którą my nie chcieliśmy przystać. Już snułam w głowie kalkulacje i zastanawiałam się, czy jednak nie warto wyłożyć tej kasy z kieszeni i nie zobaczyć doliny z taksówkarzem. Jednak po kilkunastu minutach moje myśli pierzchły, zatrzymał się bowiem dla nas kierowca niewielkiego dostawczaka i zaprosił do środka. Odtąd przez kilka długich godzin przemierzaliśmy z nim wymagającą drogę do Nubry, ciesząc się rewelacyjnymi miejscami przed przednią szybą, z której roztaczały się bajeczne wręcz widoki. Wspinaliśmy się zakosami na przełęcz Khardung La i wszystko szło gładko. Leh oddalało się od nas, a my szybko nabieraliśmy wysokości. Po jakiejś godzinie, może półtorej musieliśmy wysiąść i na pierwszym posterunku pokazać nasze pozwolenia (by wjechać w te rejony Ladakhu trzeba zdobyć specjalny permit). Wskoczyliśmy do auta i ruszyliśmy dalej. Niebawem asfalt się skończył, a na dodatek pojawił się śnieg. My jednak wciąż pięliśmy się w górę, niezrażeni sytuacją. Przez Khardung La przejechaliśmy jak gdyby nigdy nic, mijając samochody, które zatrzymywały się tam na chwilę, by uczcić sukces wydrapania się tak wysoko. Po północnej stronie góry sytuacja była znacznie bardziej wymagająca, a na drodze zalegał śnieg i lód. Widzieliśmy wojskowe ciężarówki, które z trudem próbowały wtoczyć się pod górę, mimowolnie skręcając na lodzie z buksującymi kołami. Trochę drżałam, jak to będzie z naszą małą ciężarówką na tych zakrętach, a z drugiej strony czułam jak kipią we mnie endorfiny na widok tego, co rozpościerało się przed oknem – iście bajkowa dolina!

Zostawiamy Leh daleko w dole.

Na chwilę zamknęłam oczy, znużona dosyć długą już podróżą i chwilę potem poczułam uderzenie. Otrzeźwiałam w momencie, przerażona czy będą jakieś dramatyczne konsekwencje, tego co się właśnie dzieje i zobaczyłam naszą ciężarówkę ześlizgującą się w zaspę śniegu! Okazało się, że na zakręcie i my, i jadący z naprzeciwka dostawczak nie zmieściły się w zakręcie i pojazdy zderzyły się lusterkami. Nasz kierowca jeszcze dosyć nerwowo odbił, kierując nasze auto w stronę śniegu, na szczęście nie zakopaliśmy się głęboko. Straty nie były duże – lusterko i przedni reflektor. Dobrze też, że byliśmy od wewnętrznej strony, a więc przytuleni do zbocza góry, szanse na dramatyczny finał były więc w naszym przypadki małe. 

Zjeżdżając z przełęczy wiedzieliśmy jednak podobne do naszego auto, które wpadło w zaspę tak głęboko, że koło ugrzęzło w rowie. Mieliśmy szczęście, że w naszym przypadku tak się nie skończyło! Jechaliśmy serpentynami w dół, a widoki wciąż obezwładniły. Małe wioski wciśnięte były między wzgórza, na których pasły się gigantyczne jaki. Woda płynącej obok rzeki miała nierealny wręcz kolor. 

Dolina Nubry.

Zbliżał się wieczór, gdy dojechaliśmy do Diskit – naszego celu, małej wioski zagubionej gdzieś w gigantycznej dolinie. Tu spotkała nas niemiła niespodzianka, bowiem kierowca chciał od nas pieniądze za przejazd, choć wcześniej nie zająknął się słowem na ten temat. Postawiliśmy się jednak i nie chcieliśmy zapłacić żądanej sumy, a on nie chciał nawet negocjować. Na szczęście jego kolega z drugiego auta, które jechało za nami, lepiej trochę rozumiał angielski i wytłumaczył mu w czym rzecz. Nasz kierowca obrażony trzasnął drzwiami i odjechał bez pożegnania.

Znów przyszło nam szukać hostelu w tym maleńkim miasteczku, robiącym wrażenie wymarłego po sezonie. Pomagali nam w tym mieszkańcy – chłopaki w wieku od 11 do 13 lat, zaskakująco dobrze mówiący po angielsku. Odwiedziliśmy z nimi dwa guesthousy, ale nie byliśmy zbyt miło przyjęci, bo właściciele jasno mówili, że są już zamknięci i nie bardzo mają ochotę na jakichś turystów. Podziękowaliśmy więc chłopakom i poszliśmy nieco dalej szukać sami. Kilkaset metrów dalej, przy głównej drodze, znaleźliśmy zaskakująco pełny guesthouse, gdzie dostaliśmy pokój w pakiecie z kolacją i śniadaniem. 

Zanim się rozsiedliśmy, poszliśmy zobaczyć jeszcze o zachodzie słońca zobaczyć klasztor w Diskit z towarzyszącą mu największą w Ladakhu figurą Buddy, który dumnie dominował nad doliną. WIdok był przepiękny! Wróciliśmy jednak prędko do naszego domku, bo wraz z zachodem słońca temperatura spadała dramatycznie. 

Pod posągiem Buddy w Diskit. To najwyższy Budda w dolinie Nubry, ma aż 32 m wysokości!

Okazało się, że nasz guesthouse ma rodzaj saloniku czy może raczej świetlicy, w którym znajduje się piec i który stał się centrum zainteresowania wszystkich pozostałych gości. Nietrudno było dziwić się popularności tego miejsca, bo było to jedyne ogrzewanie pomieszczenie w domu! Pozostałymi gośćmi byli Hindusi z innych części Indii, którzy wybrali się też do Ladakhu na wakacje. Siedząc zawinięci w koce, przy piecyku i oczekując na kolację, całkiem miło sobie porozmawialiśmy.

Po kolacji ciężko było wstać od pieca. Jeden z gości z południowych Indii chyba wyjątkowo nas polubił, bo postanowił podarować mi piękny niebieski ladakhijski wełniany szalik. Bardzo ciepły i piękny prezent. Ja  i Artur zostaliśmy przy piecu, aż nie wygoniła nas pani właścicielka, mówiąc, że oni śpią w tym pokoju. No cóż – ladakhijski standard – właściciele śpią w ogrzewanym pokoju, a goście muszą sobie jakoś radzić.

Kolejny dzień wstał piękny, choć chłodny. Po śniadaniu wybraliśmy się znów do klasztoru – by jeszcze raz stanąć przed gigantycznym Buddą, ale też po to, by zobaczyć świątynie ukryte w zabudowaniach tego gigantycznego kompleksu, malowniczo położonego na stoku góry. Podejście do klasztoru było dosyć męczące, ale daliśmy radę. Przechadzaliśmy się wąskimi uliczkami, między drewniano-lepiankowymi budynkami, gdzie co rusz wirowały modlitewne kołowrotki z mantrą. Klimat tego miejsca był wspaniały. Odwiedziliśmy kolejne świątynie kompleksu, w których znajdowały się rozmaite święte figury i malowidła – trochę straszne, trochę śmieszne dla nas, ale nieodmiennie fascynujące. Czytaliśmy podpisy, próbując dowiedzieć się jak najwięcej, ale jednak nasza marna wiedza o buddyzmie utrudniała to zadanie.

Życiowe mądrości są wypisane na wielu znakach przy wszystkich drogach w Ladakhu.
Klasztor w Diskit.

Po zwiedzaniu klasztoru wróciliśmy na dół do wsi, zabraliśmy plecaki i poszliśmy dalej przed siebie. Okazało się, że centrum właściwej wsi Diskit znajduje się nieco dalej. Tam udało nam się złapać stopa do kolejnej miejscowości – Hunder.

Główną atrakcją tego miejsca miały być dwugarbne wielbłądy, które żyją na tutejszych wydmach. Rzeczywiście, między doliną rzeki a stromym pasmem gór rozciągał się pas piaszczystych wydm, choć niezbyt rozległych to całkiem malowniczych. Już z daleka mogliśmy dostrzec na nim sylwetki gigantycznych zwierząt.

Wyglądały wspaniale! Były znacznie większe, niż się spodziewałam, z rozkosznymi pyszczkami i wielkimi, mięsistymi kopytami, które sprawiały, że jednak te giganty nie zapadały się w piasku. Ponieważ były to hodowlane wielbłądy, to dawały całkiem blisko do siebie podejść, mogliśmy się więc przyjrzeć im uważnie. Dzikie wielbłądy tego samego typu widzieliśmy dzień wcześniej, w drodze z Khardung La do Diskit i wzbudziło to naszą prawdziwą euforię! Kontakt z tymi pięknymi zwierzętami był świetną przygodą.

Zmierzamy na spotkanie z wielbłądami.
Zawieraliśmy też znajomości z innymi zwierzakami.

Po spotkaniu z wielbłądami wróciliśmy do centrum Hunder. Mieliśmy plan, by wypożyczyć motocykl i dojechać do końca doliny – do Turtuk, tuż przy granicy z Pakistanem. Nikt jednak nic o żadnych motocyklach na wynajem w okolicy nie słyszał, więc skapitulowaliśmy. Spędziliśmy znów jakieś 3 godziny poszukując guesthouse’u. W końcu zostaliśmy w małym i ciemnym pokoiku, gdzie jednak leciała z kranu obłędnie ciepła woda, nagrzana słońcem i była – uwaga, uwaga! – farelka! Dostaliśmy też pyszną kolację, zawinęliśmy się w koce i poszliśmy spać.

Jedyny w Ladakhu nocleg z ogrzewaniem! W postaci farelki, ale jednak.

Kolejnego dnia, po śniadaniu składającym się z placuszków przypominających nasze góralskie moskole, podjęliśmy jeszcze jedną próbę dokonania niemożliwego, czyli wypożyczenia motocykla. Obeszliśmy chyba wszystkie domy w okolicy, próbując dowiedzieć się, czy aby ktoś z właścicieli nie ma takiego cacka za płotem, ale bez powodzenia. 

Postanowiliśmy więc wrócić do Diskit, bo niektórzy z mieszkańców Hunder sugerowali, że tam to będzie możliwe. Złapaliśmy na stopa właściciela naszego guesthouse’u i pojechaliśmy. W Diskit nasz pomysł budził nie mniejsze zdziwienie niż w Hunder. Artur żartował, że mieszkańcy tak reagują na nasze pytanie o motocykl, jakbyśmy pytali o to, czy mają do sprzedania narkotyki – robili wielkie oczy i dramatycznie kręcąc głowami, tylko zaprzeczali.

Gdy dotarliśmy do centrum wioski, zobaczyliśmy motocykl przed jednym ze sklepów. Zaczęliśmy rozmawiać z właścicielem, ale on powiedział, że motocykl jest w kiepskim stanie i nie może nam go pożyczyć. Stwierdził jednak, że może nas zabrać na wycieczkę do Turtuk swoim autem, ale nam w ogóle nie o to chodziło (i na pewno nie za pieniądze, które zaproponował). On wraz z kolegą ze sklepu wykonali jednak telefon do jakiegoś innego znajomego, który miał dwa motory i który ponoć mógł na naszą propozycję przystać. Ten jednak nie odebrał. Powiedzieliśmy chłopakom, że idziemy się jeszcze rozejrzeć po wiosce, a oni niech w tym czasie próbują się z nim skontaktować.

Obeszliśmy centrum Diskit do koła i nie znaleźliśmy żadnego motocykla. Wróciliśmy więc do chłopaków – jednego z nich już nie było, ale właściciel sklepu miał dalej dzwonić do swojego drugiego kolegi. Poprosiłam więc, by to zrobił. Ten zadzwonił i powiedział, że kolega za pół godziny przyjedzie i się rozmówimy. Bardzo się ucieszyliśmy! Siedliśmy na schodach przed sklepem i czekaliśmy. Pół godziny zamieniło się w godzinę, potem w dwie. Zdążyliśmy zgłodnieć, więc poszliśmy coś zjeść do okolicznego baru. Kiedy wróciliśmy okazało się, że…czeka na nas kolega właściciela sklepu, ale wcale nie ten od motocykli, tylko ten sam z którym rozmawialiśmy jeszcze dwie i pół godziny temu i który proponował nam przejazd autem! Wkurzyliśmy się na gościa ze sklepu, bo ten ewidentnie wszystko pokręcił i straciliśmy przez niego mnóstwo czasu. Wytłumaczyliśmy mu, że chyba w ogóle nas nie zrozumiał, na co ten przyznał się do błędu. W ten sposób nasze szanse na motocykl zostały pogrzebane.

Wdrożyliśmy więc plan B – znaleźliśmy tani guesthouse w Diskit, zostawiliśmy tam plecaki i pojechaliśmy na stopa do Hunder, gdzie wypatrzyłam barak z napisem “snooker”. Jakie było nasze zdziwienie, gdy się okazało, że ta niepozorna szopa zawiera w sobie dwa stoły do snookera, kozę do grzania pomieszczenia i jest centrum rozrywki dla okolicznych wiosek! Spędziliśmy tam długie godziny, kiedy to Artur uczył się grać w nową, ladakhijską odmianę snookera, a ja czytałam książkę grzejąc się przy kozie.  Po zmroku wróciliśmy na stopa do Diskit i poszliśmy spać.

To nie powierzchnia Księżyca, to Ladakh!

Następnego dnia nasz permit się kończył, musieliśmy więc wracać do Leh. Wyszliśmy na główną drogę w Diskit i nie trwało to długo, aż zgarnęło nas trzech chłopaków jadących do Leh małą osobówką. Nauczeni doświadczeniem, zapytaliśmy ich czy oczekują od nas jakiejś kasy i przystali na 10 zł od osoby. Tym razem na drodze na przełęcz nie było tak dużo śniegu i lodu, więc dostaliśmy się tam błyskawicznie i bez problemów. Wyszliśmy tym razem z auta, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia, dokumentujące jak jesteśmy wysoko, wypiliśmy gorącą czekoladę w lokalnym barze i zjechaliśmy do Leh.

Dotarcie do doliny Nubry było przepiękną przygodą. Choć nie udało nam się dotrzeć tak daleko, jak chcieliśmy, to jednak mogliśmy podziwiać majestat gór i przyjrzeć się z bliska niełatwemu życiu na najdalszych północnych rubieżach Indii. No i przejechaliśmy jedną z najwyżej położonych dróg świata!

Przełęcz Khardung La (5359 m n.p.m.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *