Indie

Nie takie mistyczne Waranasi. Pamiętnik z Indii

Poniższy tekst to zapisane na gorąco wrażenia z pobytu w Indiach w październiku i listopadzie 2018. Waranasi – brama do transcendentnego świata, mistyczne miasto nad Gangesem, gdzie ciągną wyznawcy hinduizmu z całych Indii, by skremować ciała zmarłych bliskich, zapewniając im w ten sposób wyrwanie z kręgu nirwany. Czy naprawdę takie jest? Co unosi się w powietrzu jeśli nie mistycyzm? Jaki magiczny składnik zawiera w sobie najsłynniejsze lassi w mieście? I wreszcie, jakie nieprzyjemne historie mogą wydarzyć się w zbyt dużym tłumie? Jesteście ciekawi? To zapraszam do lektury!


Jechaliśmy z Khajuraho. Noc w pociągu minęła nam całkiem dobrze i szybko. Mieliśmy być w mieście rano, ale tak się złożyło, że dotarliśmy z pewnym opóźnieniem. Na dodatek pociąg tuż przed wjazdem na stację stał chyba z godzinę… Zirytowana tym i widząc ludzi wychodzących na tory sprawdziłam mapę – jesteśmy dosłownie kilkadziesiąt metrów od dworca! Nie ma sensu tu stać, budzę Artura i wysiadamy – jak inni – z pociągu na tory i idziemy pieszo do drogi.

Do hostelu, który sobie upatrzyliśmy jest niestety dość daleko, więc konieczne staje się zorganizowanie jakiegoś transportu. Zaczepił nas rikszarz, pokazujemy mu nasz punkt docelowy i negocjujemy z nim cenę. Negocjacje są bardzo twarde, ale dogadujemy się. Kiedy już wpakowaliśmy plecaki do środka i wszystko wskazywało na to, że wreszcie dotrzemy do celu, okazało się, że koleś w ogóle nie wie, gdzie ma jechać… Po drodze zatrzymywał się więc notorycznie przy jakichś sklepach i bazarach, pokazując ludziom nasz telefon, żeby się dowiedzieć, gdzie ma jechać…a jak już się dowiedział, to nagle stwierdził, że tam nas nie zawiezie, a na pewno nie za tę cenę. Wkurzyliśmy się na niego bardzo i ostatecznie wręcz wymusiliśmy na nim, by nas zawiózł na miejsce za kwotę, którą ustaliliśmy. W końcu pokazaliśmy mu mapę, podaliśmy adres zanim wsiedliśmy – jeśli czegoś mimo wszystko nie zrozumiał, to już naprawdę nie nasza wina.

Zabudowa Waranasi ma dosyć prowizoryczny charakter.
Typowa indyjska ulica – tłok! Kto widzi Sonię?

Krwawa ceremonia

Przejazd trwał całą wieczność z uwagi na korki i fatalną orientację kierowcy. Kiedy już się gotowaliśmy – dosłownie i w przenośni – stanął na poboczu i powiedział, że dalej nas nie zawiezie, bo się nie da. No cóż, frustracja sięgała już u mnie zenitu, więc może rzeczywiście lepiej było wysiąść i wziąć sprawy w swoje ręce. Rozstaliśmy się więc z niekompetentnym tuktukarzem. 

W swojej irytacji uznałam, że to ja nas w takim razie poprowadzę do hostelu, bo Artur na pewno to zrobi źle. Dodam tylko dla jasności, że Artur prowadzi nas tu cały czas i ja niemal nigdy nie nawiguję. On, widząc w jakim jestem stanie, w ogóle nie protestował i oddał mi telefon. Ja zerknęłam na mapę i zaczęłam dziarsko nawigować biorąc azymut prosto na cel i nie zważając na to, jak wąskie są uliczki. 

Nie trwało to długo, a utknęliśmy w ciasnym gardle, gdzie tłoczyli się ludzie, mały dostawczak i koza. Jakiś człowiek coś do mnie zawołał, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że tędy się nie przejdzie, ale nie chciałam go słuchać, chciałam dojść najszybciej jak się da na miejsce i było mi wszystko jedno, co do mnie mówi. Przeciskając się dalej, wpadliśmy w tłum na małym placyku i wnet dotarło do mnie z bolesną siłą, co miał na myśli: na środku placu stłoczeni półnadzy muzułmanie biczowali się i krew tryskała wszędzie dokoła. Zorientowałam się właściwie dopiero wtedy, gdy – zajęta torowaniem drogi w tłumie – zobaczyłam nagle u swoich nóg kilkuletniego chłopca całego obryzganego krwią. Wtedy podniosłam oczy i to zobaczyłam…

Byłam tak przerażona sytuacją i wykonałam tak brutalny zwrot, że wylałam herbatę na mężczyznę, który stał obok i ją trzymał. Ale w swojej panice odwrotu nawet tego nie zauważyłam. Uświadomił mi to Artur i przy okazji zrugał. Oddałam mu telefon i nie powiedziałam już ani słowa.

Po zakwaterowaniu w hostelu, do naszego pokoju wpadł nagle Francuz ok. 50 lat, w białej lnianej koszuli poplamionej krwią jak ekspresjonistyczne płótno.

– Masz krew na twarzy – powiedziałam do niego.

Na co on z obłędem i fascynacją w oczach oraz typowym francuskim “rrr”, odparł:

– Wiem, byłem tam! W samym środku!

Zaczął mi pokazywać zdjęcia na aparacie dodając, że jest reporterem. Nie przebrał tej koszuli jeszcze długo i biegał po hostelu taki brudny, z aparatem i komputerem i komu chciał, pokazywał zdjęcia biczowników – najwyraźniej bardzo go to podniecało.

Docieramy do ghat nad Gangesem.
Rytualne ablucje w świętej rzece.

Kremacja nad Gangesem

Mimo tego, że noc była dla nas jednak trochę ciężka, postanowiliśmy wykorzystać dzień w pełni i od razu zapisać się na wycieczkę organizowaną przez nasz hostel na zwiedzanie ghat, czyli miejsc nad Gangesem, gdzie palone są zwłoki. Poszła nas w sumie czwórka i przewodnik, który okazał się naprawdę zaangażowany i mimo jego nieco irytującej maniery w mówieniu, to jednak wiedzę miał sporą i dużo ciekawych informacji nam przekazał. Wędrowaliśmy więc szalenie ciasnymi uliczkami starego miasta, gdzie jeszcze toczył się nieustanny handel na wystawionych przed lico budynków straganach, a między tym od czasu do czasu przechodził marszo-biegiem pochód niosący ciało zmarłego, gotowe do spalenia. Nadejście konduktu zwiastował tylko śpiew, a może raczej pokrzykiwania żałobników i dźwięk dzwonków.

Drewno wykorzystywane do ułożenia stosów, oczekujące przy ghacie kremacyjnej.

Co mnie ogromnie zdziwiło w Waranasi, to brak atmosfery żałobnej, brak modlitewnego skupienia czy żalu nad zmarłym. Miałam wrażenie, że wszystko w tym mieście – z kremacją włącznie – odbywa się w jakimś ogromnym chaosie, pośpiechu. Żałobnicy wędrowali z ciałami szybko, pokrzykując, w ghacie ciała płonęły jedno za drugim, pomiędzy stosami błąkały się bezpańskie psy, wygrzebujące Bóg wie co, i oczywiście święte krowy. Tu gdzieś leżały jakieś szmaty, tam ktoś wiózł drewno do spalenia, a tu już obok sprzedawana była coca-cola i czaj. Wszystko bez jakiegoś namaszczenia, zadumania, refleksji, jak sobie to wyobrażałam. 

Możliwe, że wytłumaczeniem jest to, co mówił nam o kremacji nasz przewodnik, gdy spędziliśmy niemal godzinę na schodach ghaty, obserwując płonące stosy. W czasie kremacji nie ma miejsca na smutek, na żal. Nie można płakać nad zmarłym, bo to by go zasmuciło i utrudniło mu osiągnięcie nirwany. By zbędny żal nie zakłócił wyrwania się z kręgu reinkarnacji, do ceremonii kremacji nie są dopuszczane kobiety – bliskie osoby zmarłej. Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak emocjonalna strona wzięła górę…

Zaskakujące było to, że nie czułam w powietrzu zapachu tlących się ciał. Siedzieliśmy kilkanaście, może kilkadziesiąt metrów od stosu, widziałam nader wyraźnie kontury ciała obleczonego mokrą tkaniną, ale nic nie czułam. Według naszego przewodnika, to z uwagi na drzewo cedrowe dodawane do stosu. Cedrowymi wiórami posypywane są też zwłoki tuż przed spaleniem.

Gdy kondukt dotrze już nad Ganges, zanim ciało zostanie ułożone na stosie, najpierw zamaczane jest w rzece, która obmywa z niego to co doczesne, a dopiero potem zaczyna płonąć. Mistrzem ceremonii jest najbliższy mężczyzna z grona rodziny, który z tej okazji musi być ubrany cały na biało i mieć ogoloną głowę. Ma jedno niewdzięczne zadanie – jeśli po wypaleniu ciała i stosu drewna zostanie nietknięta czaszka zmarłego, jego zadaniem jest rozłupać ją specjalnym kijem. Gdyby tego nie zrobił, mogłaby zostać w niej uwięziona dusza. Dosyć turpistyczne. Artur zapytał mnie:

– Sonia, a Ty byś tak moją czaszkę rozłupała?

– Nigdy, kotku. Nie dałabym rady.

Może jednak mają rację z tym niedopuszczaniem kobiet do ceremonii.

Ciekawe jest też to, że zmarłego okłada się kolorowymi (głównie pomarańczowymi) szatami w czasie pochodu, ale przed spaleniem się je zdejmuje (i swoją drogą, rzuca na ziemię byle gdzie). Zdziwiłam się i zapytałam, czemu tych szat nie palą. Przewodnik odparł, że one są ponownie sprzedawane rodzinie innego zmarłego do okrycia. Taki pogrzebowy recykling.

Spodziewałam się po ghacie kremacyjnej w Waranasi większego mistycyzmu, poczucia kontaktu z jakąś transcendencją śmierci. Odniosłam jednak wrażenie, że ten koniec hinduskiego życia, wygląda tak jak w wielu przypadkach zapewne jego większa część: dzieje się to wszystko w chaosie, nieładzie, w tłumie, z asystą wolnobiegających zwierząt. 

Ghaty w Waranasi.
Kolejna ghata.

Po zobaczeniu kremacji nasz przewodnik zaprowadził nas na kolejną ghatę, gdzie odbywała się ceremonia ku czci Shivy. Ceremonia może efektowna wizualnie, ale szalenie nuda: na podestach stało kilku mężczyzn w identycznych, bogatych strojach i w stronę rzeki – a to machali świecznikami, a to jakimiś miotełkami, a to dzwonili dzwoneczkami. W sumie było to wszystko całkiem ładne, ale…wykonywali tę jedną czynność nieustannie chyba przez 10 minut, bez jakiejkolwiek alternacji, więc naprawdę można było umrzeć z nudów. Dokoła zaś działo się wszystko to, co zwykle tam, gdzie są turyści: sprzedawanie jedzenia, obnoszenie czaju, jacyś udawani bramini naciągali turystów na zdjęcia, Hindus ubrany na biało biegał i robił ludziom wbrew ich woli kropki i inne malunki na czole, domagając się oczywiście opłaty, panie sprzedawały miseczki z ususzonych liści z kwiatami i świeczkami, które można było zapalić i puścić na wodach Gangesu.

Artur z malunkami na czole, wykonanymi wbrew jego woli.
Nie, wbrew pozorom to nie są prawdziwy bramini. To naciągacze, którzy oczekują od turystów datków za zapozowanie do zdjęcia. Prawdziwi bramini ponoć nigdy by się czegoś takiego nie dopuścili.

Miasto miało swój urok, choć w szczegółach było odstręczające. Podstawowym, wyczuwalnym aromatem na terenie ghat był zapach…uryny. Nie, nie palone zwłoki tu śmierdzą, a hektolitry siuśków na schodach. 

Po zwiedzaniu trafiliśmy do Blue Lassi – miejsca z najsłynniejszym lassi w całych Indiach. Można było wybrać jeden z naprawdę dużego wachlarza smaków, a samo lassi bardziej przypominało konsystencją jogurt. Rzeczywiście było pyszne, więc wracaliśmy tu w kolejnych dniach. Co ciekawe, można było na karteczce z zamówieniem dopisać “special” czy coś takiego i wtedy dostawało się jeszcze wmiksowaną w deser marihuanę.

Najsłynniejsze lassi w Waranasi, a może i w całych Indiach.

Wzdłuż ghat

Kolejnego dnia wędrowaliśmy wzdłuż ghat, docierając nawet do tych dalszych, a wieczorem postanowiliśmy wybrać się na rejs po Gangesie. Zamiast małej łódki, miotanej jak łupinka na szerokiej rzece, wybraliśmy dużą łódź. Ta pierwsza opcja była raczej wyborem zachodnich turystów, ta druga – tańszą wersją dla Hindusów. Ciekawe było to, że na  dużych łodziach przed startem rejsu (a potem także w trakcie oglądania ceremonii) pojawiali się obwoźni sprzedawcy, sprawnie przeskakujący z łódki na łódkę. Królowali sprzedawcy czaju oraz kobiety rozprowadzające talerzyki ze świecami i kwiatami do puszczenia na rzece. 

Talerzyki z kwiatami i świeczką do puszczenia na wodach Gangesu.

My skusiliśmy się na czaj, który jak się okazało nie był ani pyszną herbatą z mlekiem, ani herbatą z cytryną, tylko czymś obrzydliwym z dużą zawartością mango powder. Mango powder, czyli kwaśna, odpychająca dla mnie substancja dodawana niepostrzeżenie a to do tego, a to do tamtego, dramatycznie psuje smak wszystkich potraw i napojów. Nie byliśmy w stanie tego wypić nawet trochę, cała zawartość poszła do Gangesu.

Ruszyliśmy i od tej pory mogliśmy patrzeć na ghaty schodzące do rzeki w pełnej okazałości. Światło tliło się na schodach, a najbardziej w oczy rzucały się oczywiście dwie płonące jasno ghaty kremacyjne. My zatrzymaliśmy się jednak tam, gdzie trwała ceremonia dla Shivy nad Gangesem i tym razem z perspektywy łódki oglądaliśmy to barwne, lecz nudne widowisko. Po godzinie wracaliśmy już do Assi Ghat, gdzie zaczął się nasz rejs. 

Nie umiem powiedzieć dokładnie, co działo się w kolejnych dniach, gdyż pochorowałam się tak okrutnie, że prawie całkiem straciłam kontakt z rzeczywistością. Kolejne dni spędziłam w łóżku, śpiąc i budząc się na mało przyjemne sesje toaletowe. Wyszło na to, że chyba w naszym hostelu krążył jakiś wirus. Mnóstwo osób czuło się paskudnie, chorowało na żołądek, wymiotowało. Coś musiało być w moim odczuciu ze standardami przygotowywania tutejszych śniadań. W sumie to chyba nie dziwne, skoro Artur w kuchni na tarasie przyłapał szczura (inni też je zresztą widzieli) i skoro małpy też na taras zaglądały, a po hostelu biegały myszy.

Diwali nad Gangesem i ręce na pośladkach

Kiedy trzeciego dnia stanęłam na nogi, doszliśmy do wniosku, że trzeba stamtąd uciekać. Przenieśliśmy się do miłego homestay’u tuż przy ghacie Assi. Przeliczyliśmy sobie sytuację wizową w Nepalu i doszliśmy do wniosku, że jeśli wjedziemy za wcześnie, to będziemy musieli zapłacić ponad 30 dolarów za przedłużenie wizy, bo nasz bilet na samolot do Chin mieliśmy już kupiony. Wyszło więc na to, że lepiej dojechać do Nepalu kilka dni później. Zbiegło się to jeszcze z faktem, że w Waranasi miało być wielkie święto – lokalne Diwali, ku czci Shivy i wszyscy mówili, że w takiej sytuacji to głupio z tego miasta wyjeżdżać. Więc zostaliśmy.

Ponieważ nad Ganges mieliśmy rzeczywiście blisko, to uznaliśmy, że zobaczymy jak to całe Diwali wygląda. Doszliśmy do Assi i po odrobinie przepychania, przeszliśmy przez prowizoryczne bramki bezpieczeństwa i znaleźliśmy się nad rzeką. Ludzi było mnóstwo, ale jeszcze byliśmy w stanie się poruszać. Świece płonęły na Gangesie, sporo było ich także ustawionych na schodach. Nad wodą odbywała się ta sama ceremonia, co wcześniej…zasadniczo nic ciekawego. Tłumy młodzieży za to były bardzo podekscytowane i zachowywały się jak na Dniach Sosnowca. Rozpytaliśmy wśród lokalnej ludności, czy jeszcze czegoś możemy się tu spodziewać, jakichś fajerwerków – okazało się, że nie. Nic się nie miało zmienić.

Postanowiliśmy więc powoli się wycofywać. Tłum nad rzeką nie był aż tak gęsty, żebyśmy mogli się spodziewać wielkich problemów z wydostania się stamtąd, ale niestety tak się stało. Próbowaliśmy przedostać się wąską uliczką w stronę naszego bardzo nieodległego homestay’u. Szybko utknęliśmy, bo tłum napierał z obu stron – jedni chcieli wyjść, drudzy wejść, w efekcie nikt się nie ruszał. Było dosyć nieprzyjemnie, ale jednak górowaliśmy nad Hindusami, więc przynajmniej mieliśmy dostęp do świeżego powietrza. Gdy wymknęliśmy się szczęśliwie z jednej uliczki i weszliśmy w kolejną, wtedy okazało się, jak dramatyczna będzie nasza próba dotarcia do domu, znajdującego się może 200 metrów dalej. 

Noc Diwali w Waranasi.

Tłum był niebotyczny, co gorsza, tym razem ludzie, niezliczone motorki i auta się poprzeplatały. I każdy chciał się przedostać w jednym i drugim kierunku. Ścisk się zrobił niewyobrażalny. Ciężko było oddychać. Ja przy tym wszystkim martwiłam się o mój dobytek w plecaku, ale na szczęście Artur szedł za mną. Kiedy ledwie przeciskaliśmy się, uwięzieni między innymi, nagle zdałam sobie sprawę, że dzieje się coś dziwnego. Co chwilę czułam dłoń na moim pośladku. Zapytałam Artura, co to za wygłupy, na co on się bardzo zdziwił – wiedziałam już, że to nie jego sprawka. Było jednak tak gęsto, że nawet nie mogłam ocenić, skąd się te ręce biorą! Tłum zaczął robić się agresywny, ludzie zaczęli się przepychać to w jedną, to w drugą, a my nie mogliśmy drgnąć. Z każdym krokiem jednak czułam jak czyjeś ręce nieustannie wędrują w moje okolice intymne i mimo oburzenia, krzyków i prób wyswobodzenia się, nie miałam jak uciec. W pewnym momencie, gość który napierał na przeciwko mnie z wielkim uśmiechem na twarzy rzucił się z wyciągniętymi łapami na moje piersi i je ścisnął, po czym dał się ponieść przez tłum dalej. Tego już było za wiele! Obróciłam się za nim, wychylają się jak tylko mogłam i waliłam go z całej siły w co tylko dałam radę. W swojej furii zaczęłam odpychać i bić wszystkich mężczyzn wokół mnie, jak w jakimś szalonym pogo. Artur nie wiedział, co się stało, więc próbował mnie powstrzymać. Wtedy się popłakałam. Chyba zrozumiał, że coś się musiało wydarzyć. Szybko mu wyjaśniłam. Nie miał nawet jak mnie ochronić, niewidzialne lepkie łapy były wszędzie. Nieliczne kobiety, także znajdujące się w tym w tłumie, zaczęły mnie pytać co się dzieje, zrobił się wokół mnie swoisty kordon ochronny. Marzyłam, żeby się stamtąd wyrwać, ale nie było szansy. Płakałam i chciałam już jak najszybciej znaleźć się daleko, by nikt mnie nie dotykał! Niestety, to jeszcze trwało. Może z godzinę później wyswobodziliśmy się i weszliśmy do hostelu. Artur przezornie trzymał w tłumie już potem obie dłonie na moich pośladkach.

Nie-pieskie psie życie

W czasie naszego pobytu w Waranasi mieliśmy też okazję zobaczyć najsmutniejsze epizody z życia zwierząt jakie widzieliśmy. W ogóle stopień dziadostwa i brudu w tym mieście jest trudny do opisania i wyobrażenia. Jednak zostańmy przy zwierzętach – w ogromnych ilościach błąkają się tu po ulicy bezdomne, wychudzone i okaleczone psy. Żywią się czym popadnie, grzebią w śmieciach, nierzadko zjadając i plastikowe torebki (święte krowy również). Mnożą się, więc na ulicach pełno szczeniaczków, a suczki, chude, cycuszki mają już tak wyciągnięte, że niemal powłóczą nimi po ulicy (chciałam napisać, że po chodniku, ale rękę powstrzymałam, bo zdałam sobie sprawę, że w Indiach nie ma chodników). 

Dzień dobry! Wizyta w drzwiach naszego homestay’u.

Przed drzwiami naszego guesthouse’u, w pustostanie mieszkały dwa szczeniaczki. Pieski całą noc tak płakały, że nie mogliśmy spać. Nie z powodu hałasu, ale z powodu bezgranicznego żalu, jaki odczuwaliśmy. Patrzyliśmy przez okno i nie wiedzieliśmy, gdzie te pieski dokładnie są, ani co się z nimi dzieje, ale potem wypatrzyliśmy je w wśród gruzu, same, porzucone przez matkę. Zobaczywszy ją potem, zrozumieliśmy czemu nie dba o swoje potomstwo – była tak chuda, że zapewne nie miała ich nawet czym karmić.

Arturowi pękło serce i zszedł o 2 w nocy nakarmić pieski jogurtem, który mieliśmy w lodówce. Przez kolejne trzy noce karmiliśmy szczeniaki i już nie płakały. Matkę też dokarmialiśmy jogurtem i gotowanymi jajkami. Biedne zwierzęta, wyrzucone przecież kiedyś przez ludzi, a teraz kompletnie poza kręgiem ich zainteresowania. Nawet kiedy okoliczni mieszkańcy widzieli, co robimy, nie wywierało to na nich żadnego wrażenia. Dzieciaki powrzucały kamienie do jogurtu zostawionego dla psów i wywaliły go potem na ziemię…zero empatii. Cóż, Artur mówi, że stosunek społeczeństwa do zwierząt jest miarą jego rozwoju cywilizacyjnego. Zgadzam się w stu procentach. Co do Indii to przecież też nikogo nie trzeba przekonywać, że tak jest. Wszak ludzie na ulicach Waranasi żyją nieraz w nie lepszych warunkach, niż te biedne psy…

“Nasze” szczeniaczki sprzed homestay’u w Waranasi. Dzięki jogurtowi chyba pierwszy raz w swoim życiu poczuły, co to znaczy nie być głodnym.
Takie widoki na ulicach Indii to niestety standard.

W każdym razie, jak wspomniałam, stopień zabrudzenia miasta nas poraził. Przejście koło rzeki było makabrą dla zmysłu węchu. W tym bagnie, które z niej zostało uczynione moczyły się nieraz wodne bawoły, a na brzegach, wśród śmieci żerowały świnie. Jak brudne jest Waranasi, świadczy nawet to, że po kilku dniach w tym mieście wylądowałam u lekarza z kaszlem tak duszącym, że bałam się, że złapałam jakąś tutejszą wersję gruźlicy. Nic z tego, diagnoza brzmiała: smog i zanieczyszczenie. Zmagałam się z tym jeszcze dwa tygodnie po wyjeździe z Indii.

Tak, to jest rzeka. Pod kożuchem śmieci jest woda. Wiem, ciężko w to uwierzyć, ale w Indiach to widać (i czuć) na każdym kroku.

Opuszczaliśmy więc Waranasi bez żadnego sentymentu. Cieszę się, że doświadczyłam, że zobaczyłam, ale nie zatęsknię. No chyba, że za najlepszymi na świecie pierożkami momo sprzedawanymi – co bardzo dziwne – w maleńkiej wnęce, która za dnia była punktem ksero. Tak dobrych tych pierożków nie zjedliśmy nawet w całym Nepalu!

Ganges.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *