Malezja

Kurs nurkowy na wyspach Perhentian w Malezji – czy warto? + INFORMACJE PRAKTYCZNE

Wraz z wjechaniem do Azji Południowo-wschodniej na liście atrakcji coraz częściej pojawiać się nam zaczęły plaże, wysepki i nadmorskie kurorty. Plażowanie to jednak niestety dla mnie…nuda. Czasem nawet chciałabym poleżeć plackiem i poczytać książkę na przykład, ale nie da się, bo: po pierwsze w Azji jest na to za gorąco i po 15 minutach człowiekowi zaczyna ścinać się białko, po drugie wszędzie dostaje się piach. A ja teraz czytam tylko na Kindlu, no to jak to tak w piachu?

Wtedy wpadło mi do głowy, że może warto byłoby do tych pobytów nad morzem i oceanem dorzucić coś w moim stylu – wymagającego aktywności, pozwalającego poznać coś nowego, zabijającego nudę siedzenia na plaży. Wtedy do głowy przyszło mi nurkowanie.

Gdzieś przypadkiem zupełnie natknęłam się na informację, że w Malezji, na wyspach Perhentian panują doskonałe warunki nurkowe, a kursy są tańsze niż gdziekolwiek indziej na świecie, do tego nie odstają w niczym jak chodzi o poziom. W ten sposób, wręcz niezauważalnie, podjęłam decyzję, że tam właśnie nauczę się nurkować.

Perhentian Kecil od progu wita nas pięknym widokiem.

Do przystani w mieścince Kuala Besut dotarliśmy autobusem. A w zasadzie autobusem i dzikim biegiem, z plecakami i wielką torbą zakupów. Ilekroć tylko decydujemy się na transport publiczny, zawsze coś idzie nie tak, dlatego utwierdzamy się tylko w przekonaniu, że autostop to jednak najlepszy wybór!

Tym razem padło na autobus, gdyż poprzedniego dnia wieczorem dojechaliśmy stopem do miasta Kota Bharu, gdzie zrobiliśmy pranie i spore zakupy spożywcze. Wiedzieliśmy z różnych źródeł, że ceny na wyspach Perhentian są znacznie wyższe, a jedzenie marne, więc postanowiliśmy się przygotować i np. zabraliśmy ze sobą całego arbuza. Z taką aprowizacją, w wielkiej czerwonej torbie, nie chcieliśmy jechać autostopem. Poza tym wyjazd z miasta, dosyć sporego, zająłby dużo czasu, bo brak było dobrej wylotówki. Koniec końców, wzięliśmy autobus, który w połowie drogi “zepsuł się”. W zasadzie nie wiem co się stało, ale kierowca stanął na stacji benzynowej i przez pół godziny nie jechał. Poszłam go zapytać, co się stało, odparł, że awaria. Kiedy mu powiedziałam, że mamy już kupione bilety na łódkę na konkretną godzinę, nagle ruszył, ale niestety – opóźnienia nie udało się nadrobić. Biegnąc z naszą siatką z arbuzem, na przystań, spóźniliśmy się grube pół godziny.

Na szczęście obrotna pani szybko zorganizowała nam łódź i o 12:00 byliśmy już na Perhentian Kecil – mniejszej z dwóch wysp archipelagu. Od razu skierowaliśmy się do szkoły Matahari Divers, o której czytałam dużo pozytywnych opinii w Internecie i która kusiła niską ceną za kurs. Od razu zostaliśmy ciepło przyjęci przez młodą społeczność nurków, ja zostałam wdrożona w arkana programu szkolenia, a Artur był przez wszystkich usilnie przekonywany, żeby też się zapisał na kurs, ale się nie ugiął. Stanęło więc na tym, że ja zostałam w Matahari w dormitorium, by być w centrum nurkowych wydarzeń (nocleg miałam w cenie kursu), a Artur znalazł sobie miejsce na drugim końcu plaży, gdzie mógł relaksować się całymi dniami, pracować na komputerze, a w wolnych chwilach snurkować i podziwiać ryby w okolicach wyspy.

Bardzo podobało mi się to, że na 5 dni zostałam właściwie w całości wrzucona w nurkowy świat i nurkowe towarzystwo. Na wyspie ciężko było nawet o Internet, więc nic nie rozpraszało mojej uwagi i z powodzeniem mogłam skupić się na nauce. Rano wstawałam, czytałam podręcznik dla nurka albo oglądałam instruktażowe filmy, jadłam śniadanie na tarasie, obserwując jak bardziej doświadczeni przygotowują się do porannych nurkowań, potem uczestniczyłam już w właściwej części szkolenia – nurkowaniach o 12:00 i 15:00, z przerwą na obiad, a wieczorami szłam na dwie-trzy godziny do Artura, by mu to wszystko zrelacjonować i wymienić się wrażeniami na temat tego, kto jakie ryby widział.

W szkole panowała świetna atmosfera!

Moim instruktorem został Mike – Brytyjczyk, pewnie przed 40, z ogromnym nurkowym doświadczeniem! Nie wypytałam go o wszystko, o co chciałam, ale jego nurkowy życiorys był imponujący, bo to ponad 20 lat doświadczenia! W tym nurkowania zawodowe, w jaskiniach, wrakach. Od razu go polubiłam i zaufałam. Ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że jestem w doskonałych rękach, a kolejne dni ćwiczeń to tylko podkreśliły.

Do kursu dołączyło jeszcze dwóch chłopaków, obaj po lat 19, i w takim składzie uczyliśmy się poznawać świat pod wodą. Pierwszy dzień, poza poranną teorią, obejmował poznanie sprzętu i…pierwsze małe nurkowanie! Byłam pewna, że idziemy o tak, zanurzyć się do wody gdzieś do kolan, ale gdzie tam! My od razu wsiedliśmy na łódkę i zostaliśmy wrzuceni do wody, głębokiej na jakieś 2,5 metra, przy przystani. Tu opanowaliśmy podstawowe umiejętności, jak oddychanie przez aparat czy czyszczenie maski pod wodą. Wszystko bardzo mi się podobało i byłam niezwykle entuzjastycznie nastawiona na kolejny dzień zajęć.

Niestety, ten okazał się być dla mnie dosyć traumatycznym doświadczeniem. Ruszyliśmy znów do wody, tym razem głębokiej na jakieś 5-6 metrów. Wiedziałam, co będziemy robić, jakie czekają nas ćwiczenia, ale najpierw w ogóle nie mogłam zejść na dno, a potem, kiedy to już się udało z pomocą Mike’a, moja maska nieustannie parowała, tak że zupełnie nic nie widziałam. Nie widziałam instruktora, chłopaków, nie wiedziałam, co mamy robić, nie nadążałam z przepłukiwaniem mojej maski, zaczęłam się denerwować i z tego stresu wciągać wodę nosem, zamiast ją nosem z maski wydmuchnąć, krztusić się i ogólnie wpadłam w lekką panikę. Na domiar złego, nagle, nawet nie wiem dlaczego, po prostu…wypłynęłam na powierzchnię. Przy tym zapomniałam napompować mojej kamizelki i miotałam się tak na powierzchni. Miałam szczerze dość i jedyne o czym myślałam, to powrót na łódkę!

Wtedy spod powierzchni wynurzył się Mike i uspokoił moje rozedrgane nerwy. Nie było jednak mowy o kapitulacji! Zamieniliśmy się maskami i musiałam znów zejść pod wodę. Nie miałam na to najmniejszej ochoty, wszystko się we mnie buntowało, z trudem skupiałam się na wykonywaniu kolejnych ćwiczeń, bo chciałam już tylko się wynurzyć. Z ulgą odnotowałam fakt, że tlen w mojej butli zbliża się do limitu bezpieczeństwa, co oznacza, że będziemy się wynurzać.

Byłam kompletnie załamana, niezadowolona z siebie, przerażona faktem, że taki detal jak parująca maska potrafił mnie wyprowadzić z równowagi. Musiałam się jednak szybko pozbierać, bo za 2 godziny znów schodziliśmy pod wodę i to dwa razy głębiej! Muszę powiedzieć, że w tamtej chwili wszystko zawdzięczam mojemu instruktorowi, który podszedł do mojego potknięcia z należytą uwagą, ale zarazem nie uważał, że stało się coś, nad czym trzeba się szczególnie roztkliwiać. “Mnie ta maska też przeszkadzała” – odparł i uznał, że na pewno z inną poradzę sobie lepiej. Nie dał mi szansy na zasianie wątpliwości.

Jego wsparcie przydało mi się bardzo, gdy zeszliśmy po południu na 11 metrów! Było znacznie lepiej, uspokoiłam się i opanowałam, i uwaga: nawet wykonałam wszystkie ćwiczenia ze zdejmowaniem maski, “gubieniem” maski i przedmuchiwaniem, nie dając owładnąć się panice! Mike mi nie odpuścił, musiałam wszystkie te elementy wykonać, wypychając się każdorazowo daleko poza strefę własnego komfortu.

Czekała za to na mnie piękna nagroda – znaleźliśmy się wreszcie wśród rafy, mogłam zacząć przyglądać się rybom, cieszyć wszystkim, nowym do koła! Na każdy przejaw podwodnego życia reagowałam wręcz ekstatycznie! Oddech się uregulował, czułam się dobrze. Żałowałam, że czas nurkowania się skończył! Na powierzchni mogłam orzec, że kryzys minął. Chyba jednak złapałam nurkowego bakcyla.

Powrót z nurkowania.

Kolejny dzień, poranne filmy, szkolenie, wyjaśnianie wątpliwości. I kolejne nurkowania na głębokiej wodzie – tym razem wszystko poszło gładko! I mogłam zacząć cieszyć się tym, co oglądałam. Rano nurkowaliśmy w pobliżu trzech wraków statków policyjnych, przy których czaiły się nakrapianie na niebiesko płaszczki, kolejne nurkowanie – wśród rafy – pozwoliło mi zobaczyć rozkoszne, maleńkie błazenki ukryte w koralach, rybopapugi, jak dla mnie najpiękniejsze, w kolorach różu i błękitu, triggerfishe, “anielskie ryby” z długimi welonami i całe ławice srebrzystych, białych, żółtych, nakrapianych i we wszystkich kolorach tęczy ryb najróżniejszych rozmiarów i kształtów. Niestety, znakomitej większości z nich nie umiem nazwać.

Kolejny dzień miał przynieść uwieńczenie kursu! Po dobrze napisanym teście teoretycznym, przyszła pora na ostatnie nurkowanie. Niestety, nocne sensacje żołądkowe których doświadczyłam, przekreśliły moje szanse na zejście pod wodę. Musiałam poczekać, aż sytuacja się uspokoi, gorączka minie. Dopiero następnego dnia rano zeszliśmy z Mike’iem ostatni raz jako instruktor i kursant pod wodę. Pływaliśmy między skałami w północnej części wyspy, zmagając się tym razem z dosyć silnym prądem. Po wyjściu z wody dostałam gratulacje od mojego instruktora – zostałam certyfikowanym nurkiem w wodach otwartych!

Kolejnego dnia rano wybrałam się jeszcze rano na nurkowanie dla przyjemności – znów wśród skał i silnym prądzie. Po południu z Arturem postanowiliśmy się nacieszyć podwodnym życiem w czasie snorkelingu i muszę powiedzieć, że to co oglądaliśmy w niczym nie ustępowało nurkowemu safari! Kolory za to były jeszcze bardziej intensywne, bo tak płytko pod powierzchnię wody dociera oczywiście więcej światła. Udało mi się wreszcie zobaczyć rekiny, a hitem dla nas obojga była gigantyczna, półtorametrowa papugoryba, z zębiskami tak wielkimi, że aż drżeliśmy!

To wszystko musicie sobie niestety wyobrazić, gdyż nie dysponuję spod wody żadnymi zdjęciami. Po prostu nie mamy na to odpowiedniego sprzętu. Cóż, moje podwodne doświadczenia zostaną na długo w mojej pamięci, a do ich oddania służyć mogą tylko słowa.

Czy warto zrobić kurs nurkowy na Perhentian Islands? Moim zdaniem zdecydowanie tak! Chyba nigdzie na świecie nie można nurkować w takich warunkach, za tak niską cenę! Wody są względnie łatwe i bezpieczne, zarazem pełne życia, szkoły mają super instruktorów, klimat wyspy jest mocno “nurkowy” i zdecydowanie można poczuć na czym polega uczynienie z tej pasji idei swojego życia, patrząc tu na niektórych.

Mimo wszystko, nurkowanie to nie jest jednak tanie hobby, więc jeśli ktoś nie zamierza się tym zajmować w przyszłości może ograniczyć się do snorkelingu (warunki są tu też do tego doskonałe) albo wykupić sobie po prostu jedno nurkowanie dla początkujących “dla zabawy” za ok. 200 zł.

Jeśli jednak ktoś ma ciągoty do zobaczenia, co się czai pod wodą i dobrze się w niej czuje, to zdecydowanie polecam otworzenie sobie furtki z napisem “nurkowanie”. Ostatecznie ⅔ świata znajduje się pod wodą, prawda? Innej drogi do jego poznania póki co nie ma!

Wracamy na stały ląd.

Informacje praktyczne

  • Jak dostać się na wyspy Perhentian? Jest to bardzo proste. Wystarczy złapać łódź z miasteczka Kuala Besut, która na każdą z wysp płynie ok. 40 minut. Bilety w cenie 35 MYR za osobę w jedną stronę można kupić na miejscu lub jeszcze w kasach na dworcu autobusowym w Kota Bharu. Bilet najlepiej kupić od razu w dwie strony, data powrotu i tak jest otwarta i wystarczy po prostu zjawić się na przystani
  • Do Kuala Besut można dotrzeć autobusem nr 639 za 6 MYR z dworca w Kota Bharu. Dojazd zajmuje ok. 1,5 godziny. Autobus zatrzymuje się ok. 1 km od przystani. Na dworcu w Kota Bharu można od razu kupić bilet na łódź z Kuala Besut.
  • By w ogóle móc przebywać na wyspach Perhentian każdy obcokrajowiec jest zobowiązany uiścić opłatę środowiskową w wysokości 40 MYR.
  • Większość szkół nurkowych znajduje się przy Long Beach na Perhentian Kecil, czyli mniejszej wyspie. Ja zdecydowałam się na kurs OWD PADI w Matahari Divers. Za cenę 990 MYR (ok. 910 zł) miałam: 4 dni szkolenia (w tym 2 nurkowania na płytkiej wodzie i 4 na otwartej), darmowy nocleg w dormitorium i śniadanie składające się z tostów i kawy/herbaty, książkę, licencję nurkową, sprzęt, łącznie z pianką, dostałam też pamiątkową koszulkę i 50% zniżki na nurkowanie po zakończeniu kursu. Dla porównania, w Polsce, w moim rodzinnym mieście kurs kosztował 1000 zł plus dodatkowo płatne: wejścia na basen, na nurkowisko, książka i licencja, czyli po zsumowaniu ok. 300 zł ekstra. Nie muszę chyba dodawać, że nurkowanie wśród ryb, wraków i rafy to coś zupełnie innego niż ćwiczenia na basenie, więc naprawdę warto!
  • Kurs trwa 4 dni, ale jeśli ktoś się spieszy to spokojnie powinien dać radę zrobić go w 3, można też dać sobie więcej czasu (jak to było w moim przypadku) – moja szkoła i instruktor byli bardzo elastyczni.
  • Nie mam najmniejszych zastrzeżeń do jakości kursu w Matahari – trafiłam na bardzo kompetentnego, cierpliwego i sympatycznego instruktora, który był w zasadzie cały czas do naszej dyspozycji. Sprzęt na moje oko był w dobrej kondycji. Jedyne na co mogę narzekać to warunki zakwaterowania – dormitorium nie było zbyt komfortowe, a łazienki czyste. Jeśli ktoś jednak ma ochotę przenocować w lepszych warunkach, to można wybrać pakiet z lepszym, płatnym zakwaterowaniem – wtedy będzie ok. 200 zł drożej. Inne szkoły też oferują dormitoria w cenie, a nawet pełne wyżywienie – jak jest z jakością, niestety nie mogę powiedzieć.
  • Noclegi są także droższe niż na lądzie. Koszt noclegu w dormitorium dla 1 osoby – 30-50 MYR. Domek dwuosobowy w kiepskim standardzie – 50 MYR. My zatrzymaliśmy się po zakończeniu mojego kursu w domku w Aina Garden za 70 MYR/noc. Mieliśmy łazienkę i dostęp do Internetu na tarasie. W nocy w domku grasowały jednak szczury, co skutecznie utrudniało nam sen.
  • Na wyspie ceny jedzenia są znacznie wyższe niż na lądzie. Za najtańsze danie typu makaron czy ryż z warzywami trzeba zapłacić ok. 8-10 MYR. Herbata lub kawa mrożona to koszt rzędu 5 MYR. Na Long Beach sklepiki mają tylko podstawowe wyposażenie i znacznie zawyżone ceny. Warto przywieźć potrzebne, podstawowe produkty z lądu.
  • W okolicy nie można też liczyć na opiekę zdrowotną z prawdziwego zdarzenia, dobrze więc zabrać ze sobą potrzebne i podstawowe leki.
  • Pamiętajcie o kremie z filtrem (na plażę) i koszulce z filtrem UV (do wody). Nie smarujcie się kremem przed wejściem do wody – w okolicy rafa jest już i tak wystarczająco zniszczona i wymęczona ludzką działalnością. Chrońmy to, co z niej pozostało.

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *