Birma

Jezioro Inle – omijając główne atrakcje

Mam poczucie, że w przypadku jeziora Inle udało nam się osiągnąć nieosiągalne. Dlaczego? Jezioro to ma opinię jednej z największych atrakcji Birmy, ale też miejsca nastawionego na komercyjną turystykę i mało autentycznego. Powodem dla którego przyjeżdża się nad Inle są pływające ogrody, znajdujące się na jeziorze, wioski z domów na palach, zawieszone tuż nad taflą wody i zakładay produkcyjne słynące z wyrobów papierosów, ubrań z lotosu, srebra, łodzi itd. Niestety, w Internecie pełno jest opini rozczarowanych turystów, którzy zamiast poznawać naturalne uroki tego miejsca, obwożeni byli od jednego sklepu do drugiego, oglądając zaaranżowane “warsztaty produkcyjne”, wątpliwe atrakcje w postaci przywiezionych z innych części Birmy kobiet Kayan (Długie Szyje), posadzonych przy krośnie niby zabawki ku uciesze gawiedzi czy tresowane koty w świątyni (które już zresztą przed publicznością nie występują).

Świadoma tych “zagrożeń”, doświadczywszy namiastki takiego właśnie jeziora Inle w trakcie naszej przeprawy łódką po zakończeniu trekkingu z Kalaw (zatrzymaliśmy się w takim zakładzie rzekomo produkującym srebro. Nie wiem na pewno, ale na moje oko to z prawdziwym srebrem nie miało to wiele wspólnego – poza ceną rzecz jasna), postanowiłam, że zrobię wszystko, by takiego jeziora Inle właśnie uniknąć.

Przeczytałam ile się dało – o tym, czego ludzie najbardziej nie lubią, co jest największą komerchą i czego unikać. Na mapie wyszukałam wioski na jeziorze, które były położone z daleka od wszystkich głównych “atrakcji”, zaznaczyłam największe pływające ogrody, poczytałam o fabrykach, w których naprawdę warto się zatrzymać. I uzbrojona w taką wiedzę, poszłam wraz z Arturem poszukać sternika, który nas na taką alternatywną trasę zabierze. Obawiałam się, czy ten plan wypali, bo spodziewałam się, że sternicy są ugadani z konkretnymi sklepami i mają procent, jeśli turyści których przywożą, coś kupią.

Nasze negocjacje nie były proste – najpierw trafiliśmy na panów kompletnie pod wpływem, potem na takich co w ogóle nic nie rozumieli po angielsku, zaś właściciel łódki, którego wyszukaliśmy w Internecie, miał świetne referencje, ale też bardzo wysokie mniemanie o sobie i czterokrotnie zawyżoną stawkę. W końcu jednak, na ulicy misateczka, przy przystani udało nam się spotkać człowieka, który od razu zrozumiał o co nam chodzi i czego absolutnie nie chcemy oglądać. Zgodził się na nasz plan bez zastrzeżeń, proponując, że dorzuci jeszcze coś od siebie. Umówiliśmy się na 12:00 następnego dnia. Pojawiliśmy się na przystani we czwórkę – nasza dwójka oraz Maciek i Wojtek – przesymaptyczne chłopaki, z którymi wędrowaliśmy już z Kalaw i spędzaliśmy czas nad Inle.

Zaczynamy rejs.

Kiedy tylko przepłynęliśmy kanał i znaleźliśmy się na otwartych wodach jeziora Inle, na baczność stanęli “rybacy” – największa atrakcja! Cóż, ci panowie już dawno nie łowią ryb! Ponieważ wszyscy przyjeżdżają tu, żeby zobaczyć rybaków z jeziora Inle, którzy ubrani sa w szerokie spodnie, obowiązkowy kapelusz, wiosłują nogą i łapią ryby do koszyka – panowie wyposażeni są w te wszystkie rekwizyty i uprawiają swój teatr, ilekroć tylko pojawi się na horyzoncie łódka z turystami. Ryb nie łowią rzecz jasna, za to po zakończonym pokazie podpływają do łódek, domagając się datków za wykonane zdjęcie. My minęliśmy ich szerokim łukiem (choć już zaczęli swoje przedstawienie), a nasz sternik kawałek dalej pokazał nam świat prawdziwych rybaków z Inle – młodych chłopaków w ukochanych w Birmie, futbolowych koszulkach, z niezywkłym zmysłem równowagi, operujących wiosłem nogą tak sprawnie, że aż trudno w to uwierzyć! Podpłynęliśmy, by się przywitać, a w środku ich płytkich łódeczek zobaczyliśmy żywe jeszcze, dopiero co wyłowione ryby.

Pan się ewidentnie nudzi. Wcale nie zajmuje się łowieniem ryb, aż do czasu…
…gdy podpływają turyści! Wtedy staje, zaczyna wiosłować nogą i tylko zerka, czy podpływamy, żeby za ten pokaz zapłacić.
Nieco dalej podglądamy już pracę prawdziwych rybaków. Skoncentrowanych, skupionych na idelanej koordynacji i utrzymywaniu równowagi przy tej niełatwej metodzie połowu.

Potem przyszedł czas na pływające ogrody, pełne pomidorowych krzaczków. Uprawiane na mule i roślinach wodnych wyciągniętych z dna jeziora, by nie odpłynęły, mocowane są bambusową tyczką. Pomidory z Inle są znaccznie droższe niż te uprawianie na lądzie – ponoć podmokłe podłoże daje im szczególny smak, a miąższowi dodaje wilgoci.

Przepłynęliśmy przez maleńkie wioski i zagubione gdzieś na środku jeziora miasteczka na palach, gdzie nie było żadnych turystycznych atrap (i żadnych innych turystycznych łodzi!), tylko codziennie i wcale nie takie proste życie ludzi na wodzie.

Niełatwa praca na wodnej plantacji pomidorów.
Świątynia na wodzie.

Wybraliśmy tylko dwie fabryki – papierosów i ubrań z lotosu. Chciałam na własne oczy zobaczyć, jak wygląda przeistaczanie rośliny w nić i jest to doprawdy zdumiewające! W fabryce papierosów miałam nawet okazję samodzielnie jednego zrolować – cóż, nie taka łatwa to sprawa, zwłaszcza gdy operuje się liściem i kleikiem ryżowym!

Z przełamanej gałązki lotosu otrzumuje się delikatną nić – kilkukrotnie droższą niż ta jedwabna!
Ręczna produkcja papierosów i cygar.

Przepłynęliśmy jeszcze przez jedno nawodne miasteczko i pływające ogrody. Tuż przed zachodem słońca skierowaliśmy się na środek jeziora, do opuszczonej rezydencji na wodzie. Zastaliśmy tam całą grupę sterników, którzy zaczynali już świętować birmański nowy rok – Festiwal Wody. Grali na gitarach i pili wino ryżowe, zagryzając suszoną rybą. Zdziwili się na nasz widok, ale też bardzo ucieszyli. Nie minęła chwila, a byliśmy zaproszeni do koła, poczęstowani winem, chwilę potem już tańczyliśmy z nimi i śpiewaliśmy. Zrezygnowaliśmy z podziwiania zachodu słońca, ciesząc się tą niecodzienną chwilą, zaproszeniem do tego autentycznego świata ludzi z jeziora Inle. Było to przepiękne, bardzo prawdziwe doświadczenie.

Zbliżamy się do opuszczonej rezydencji na jeziorze.

Wcale mi nie żal, że nie zobaczyłam Świątyni Skaczących Kotów, że nie odwiedziłam kolejnych fabryk – parasolek, łodzi czy czegokolwiek jeszcze innego. Cieszę się, że udało nam się podejrzeć prawdziwe życie mieszkańców jeziora, nacieszyć jego atmosferą, zrozumieć fenomen plantacji pomidorów na wodzie, nacieszyć oczy pejzażem, wszystko z dala od turystycznego gwaru. Pewnie, też jestem turystką i nie zamierzam udawać, że nie jestem częścią tej wielkie machiny, jaką jest przemysł turystyczny, myślę jednak, że warto od czasu do czasu wykonać ten wysiłek i postarać się zobaczyć jeszcze prawdziwe oblicze miejsc, które coraz szybciej giną pod przykrywką tego co się dobrze sprzedaje. Z Inle nam się udało!

Jeśli spodobała Ci ta historia, podaj dalej! Będzie mi miło, jeśli pomożesz mi dotrzeć z opowieścią o Inle do nowych czytelników!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *