Góry,  Nepal

Annapurna Circuit – pamiętnik z przejścia szlaku. Część 2.

Zapraszam Was do przeczytania drugiej części pamiętnika z wędrówki szlakiem wokół Annapurny. W programie: zawrotnie wysokie przełęcze, głębokie i opustoszałe doliny, najpyszniejsze jabłkowe desery i gigantyczne pająki. Dla tych, których ominęła część pierwsza, link tutaj. Miłej lektury!

Dzień 8. High Camp – Thorong La Pass (5416 m n.p.m.) – Mukinath (3700 m n.p.m.), 13 km

High Camp o poranku.

Wstajemy i od razu pędem na śniadanie o 7:00, zanim jeszcze nasze ciała zorientują się, że jest tak okropnie zimno! Wyjście ze śpiwora jest najtrudniejszym zadaniem odkąd przekroczyliśmy granicę 3500 metrów wysokości. Kolejne wyzwanie to zdjęcie ubrań do spania i włożenie tych, w których będziemy maszerować. Na noc w High Campie, na wysokości 4900 metrów miałam jednak specjalny plan! Włożyłam swoje ubrania do śpiwora na noc i dzięki temu tylko byłam w stanie je założyć i ruszyć na śniadanie.

Przed najtrudniejszym odcinkiem szlaku – najgorszy naleśnik jaki mi się do tej pory trafił! A mogłabym napisać przewodnik po naleśnikach na szlaku Annapurna Circuit. No trudno, zjadam co mam i lecimy się pakować.

Ja wrzucam rzeczy dla plecaka a Artur dokonuje niemożliwego, czyli próbuje przefiltrować dla nas wodę do picia ze zbiornika postawionego na środku campu. Jest jednak tak okropnie zimno, że woda z przerębla wybitego w zbiorniku zamarza zanim Artur zdąży ja przecisnąć przez filtr do butelki! Zamarza też natychmiast w kubku, którym nabieram ją do umycia zębów. Ta poranna toaleta to jakiś kompletny masochizm.

Wreszcie ruszamy. Jest może 7:30 rano, a słońce schowane jest jeszcze za szczytami. Minie jeszcze sporo czasu, zanim nas rozgrzeje. Moje dłonie i stopy zamarzają momentalnie. Ból jest nie do zniesienia. Palcami u stóp jeszcze jestem w stanie ruszać i jakoś iść, ale te u rąk bolą tak okrutnie, że w oczach mam łzy. Artur oddaje mi swoje rękawiczki, tak bym mogła założyć dwie pary. Muszę niestety zrezygnować z trzymania kijków i schować ręce w tych dwóch parach rękawic do kieszeni i rozpaczliwie ruszać palcami. Brak kijków utrudnia mi marsz pod górę, ale jakoś się wlokę.

Artur idzie dziarsko, ja zostaję w tyle. Po każdych 10 krokach muszę stanąć i wyrównać oddech. On na mnie czeka i wiem, że każdy mój przystanek to dla niego marznięcie, ale nie jestem w stanie iść szybciej. Załamuję się niemal, gdy Artur mówi, że jeszcze nie doszliśmy na 5000 metrów! Jeszcze 400 metrów w górę, a ja już ledwo oddycham! Czasem rzucam wzrokiem za siebie i widzę ludzkie sylwetki równie wolno i z równym mozołem pnące się pod górę.

W stronę przełęczy.
Ledwo idę. Trzy kroki do przodu, dwa kroki w tył, a oddech coraz cięższy.

Po jakiejś godzinie dochodzimy do maleńkiej budki z herbatą. Nawet nie interesuje mnie ile kosztuje, padam na ławkę w środku, choć nie jest tam wiele cieplej niż za zewnątrz, proszę Artura by kupił mi herbatę i rozcieram rozpaczliwie palce u stóp. Czucia brak. Herbata dodaje mi jednak trochę siły duchowej i ruszamy dalej. Jeszcze dwie godziny spokojnego pięcia się w górę przed nami.

Krajobraz był piękny, księżycowy, taki jak lubię bardzo w górach. Nad nami tylko niebo i gdzieniegdzie wystające białe szczyty, szalenie blisko. Chciałam to wszystko uwiecznić, więc mimo braku sił, sięgnęłam po aparat. I wtedy dramat! Okazało się, że obiektyw nie działa, nie chce się wysunąć! Choć do tej pory wszystko było w porządku, to naszego największego górskiego sukcesu nie uwiecznię… Może i dobrze, że jestem tak okropnie zmęczona, bo jakoś tłumi to moją rozpacz.

Powoli, powoli, krok za krokiem, przystanek, oddech. Niebawem Artur odwraca się do mnie i mówi: “Jeszcze tylko 70 metrów w górę!”. Chwilę potem widzę modlitewne chorągiewki powiewające wszędzie do koła. Jesteśmy na przełęczy!

Do przełęczy już blisko.
Thorung La Pass – 5416 m n.p.m. – nasz rekord!
Widoki z przełęczy.

Wszyscy rzucają się sobie w ramiona i gratulują! Wyrzutnia endorfin sprawia, że zmęczenie znika momentalnie. Pozujemy do zdjęć, cieszymy się. Wyciągam z plecaka dwa snickersy kupione jeszcze w Manang za szalone 4 zł sztuka i trzymane specjalnie na tę okazję! Jemy je by uczcić nasz sukces.

Spędzamy na przełęczy pół godziny i zaczynamy schodzić. Czeka nas 1700 metrów w dół, co może okazać się większym wyzwaniem niż przejście 500 metrów w górę. Schodzimy w stronę doliny Mustang, widoki nadal piękne, choć tak odmienne od tego, co widzieliśmy po drugiej stronie przełęczy. Pustynnie, księżycowo. Kolejnymi zakosami próbujemy wytracić te zdobywaną tak mozolnie wysokość. Po kilku godzinach udaje nam się i wchodzimy do wioski Mukinath.

Rozpoczynamy marsz do wioski Mukinath.

Jest ciepło, miło, świeci słońce. Dajemy się skusić na zaproszenie i u wejścia do wioski zjadamy dal bhat w małej knajpce. Zasługujemy na porządny obiad! A dal bhat to jedyny obiad w swoim rodzaju – możesz dostawać dokładkę tak długo, jak się nie najesz do syta. My bierzemy dokładkę curry z ziemniaków, bo je uwielbiamy. Najadamy się tak, że ledwo wstajemy od stolika. Do tego po dwie herbaty masala – z prawdziwym mlekiem! Do tej pory dostawaliśmy podróby, z mlekiem w proszku, a tu taki rarytas. Ceny wreszcie normalniejsze, co za ulga.

Kręcimy się chwilkę po całkiem żywym Mukinath i szukamy dla siebie dobrego miejsca na tę noc. W końcu decydujemy się na hotel Buddha gdzie możemy pierwszy raz od trzech dni wziąć ciepły prysznic! Wziąć ciepły prysznic i nie zamarznąć od razu po wyjściu spod niego. Do tego nielimitowana herbata z naszej grzałki, bo wreszcie mamy prąd w pokoju.

Kolacja – świąteczna! Przecież zasłużyliśmy! Artur zamawia do swojego wymarzonego veggie burgera najdroższe piwo w zyciu – 23 zł za butelkę.

Dzień 9. Mukinath – Lupra – Jomsom – Marpha (2665 m n.p.m.), 24,4 km

Mały człowiek i wielkie Dhaulagiri.

Wstajemy chwilę przed 7:00 i od razu idziemy na śniadanie. To była chyba najlepsza, najspokojniejsza noc na szlaku. Może to zmęczenie, a może poczucie spełnienia pozwoliło nam wreszcie się zrelaksować i spać spokojnie. Wyruszamy dopiero o 8:00, idąc za sugestią właścicielki hotelu, że wcześniej jest za zimno. Rzeczywiście, mamy problem nawet umyć zęby, bo woda oczywiście w rurach zamarznięta.

Przechodzimy szybko przez budzące się do życia Mukinath. Na odległych stokach widzimy już słońce, pędzimy tam, by jak najszybciej znaleźć się w “strefie odmarzania”. Gdy idziemy przez puste, ale szalenie widokowe wzgórza nad Mukinath myślę sobie o tym, jak wiele tracą ci wszyscy, którzy w wiosce kończą trekking i dalej jadą już jeepem czy autobusem. My zostajemy na szlaku sami, a z przełęczy nad Luprą oglądamy wspaniałe i majestatyczne Dhaulagiri. Żal byłoby ten widok przegapić!

Zmarznięci, z utęsknieniem czekamy na słońce.
W drodze na przełęcz nad Luprą.
Majestatyczne Dhaulagiri.

Schodzimy w dół surowej doliny, a widoki zachwycają. Mam wrażenie, że wędrujemy Tolkienowską krainą, zagubioną gdzieś pomiędzy górami. Niebawem docieramy do Lupry i zatrzymujemy się tu na 45 minut na obiad. Ryż z serem jaka smakuje wybornie, ale ciężko nam będzie nieść go w brzuchu pod górę! Z Lupry wydostajemy się trawersując wzgórze, a z każdej strony widoki coraz bardziej malownicze.

Wędrujac dnem doliny.
Zbliżamy się do Lupry, przytulonej do stoków góry.
Lupra.

Niebawem docieramy do złączenia dolin i otwiera się przed nami widok na rozległą dolinę rzeki Gandaki. Okazuje się też, że zapeszyliśmy chwaląc pogodę! Wiatr zrywa się teraz tak silny, że czasem wręcz uniemożliwia nam marsz. Szczególnie dokuczliwe staje się to, gdy dochodzimy do drogi do Jomsom, którą przyjdzie nam wędrować przez najbliższy czas. Każdy poryw wiatru to zasypanie całych naszych twarzy pyłem!

Idziemy jednak dziarsko do przodu, mijani przez autobusy i jeepy pełne turystów, którzy swoje “koło” wokół Annapurny zakończyli wyjątkowo szybko. Gdy docieramy do Jomsom nad nami piętrzą się już mało optymistycznie wyglądające, deszczowe chmury. Kolejną godzinę do Marphy przemaszerujemy smagani zimnym wiatrem, okazjonalnie deszczem, idąc ponurą w tych okolicznościach doliną.

Wobec Marphy mamy duże oczekiwania. Wioska okazuje się rzeczywiście ładna, białe domki i wąskie brukowane uliczki tworzą jej klimat. Po chwili poszukiwań wybieramy hotel Sunrise i mnie do szczęścia potrzebne jest tylko jedno – crumble z jabłek, z którego Marpha słynie. Rzeczywiście, godne jest swojej sławy! (Zjadam dwie porcje).

Wędrujemy wśród duszącego pyłu w dolinie Gandaki.

Dzień 10. Marpha – Sauru – Kalopani/Lete – Ghasa (2080 m n.p.m.), 28,1 km

Marpha.

Artur uważa, że za dużo piszę tu o jedzeniu, ale jak pominąć takie anegdotki jak poniższa?! Cały poprzedni tydzień jadłam na śniadanie naleśnika (a w zasadzie tzw. pancake’a, czyli bardzo grubego naleśnika), bo stosunek jakości do ceny był w przypadku takiego śniadania najlepszy. Artur trochę zazdrośnie patrzył na te moje naleśniki każdego dnia, aż w końcu zdecydował, że sam takiego zamówi rano i stało się to właśnie w Marphie. Spełnił się jeden z jego koszmarów – zamiast wspaniałego, grubaśnego pancake’a jakiego ja jadłam każdego dnia, dostał taki zwykły, cienki naleśnik, posypany cukrem. No cóż…więcej już chyba ryzykować nie będzie.

Poza tym, co tu dużo mówić – dwa momenty są szczególnie ważne każdego dnia na szlaku: chwila kiedy wjeżdża śniadanie i ta, kiedy pojawia się kolacja. Po całym dniu marszu nie myśli się zresztą o niczym innym.

Wyruszyliśmy z Marphy słynnej ze swych jabłek i przechodziliśmy przez uśpione, zamarznięte sady jabłkowe. Widzieliśmy turystów prowadzonych przez ich przewodników wzdłuż drogi, po mało ciekawej, piaszczystej trasie, którą przyszło im dzielić z ciężarówkami i autobusami. Nie mogliśmy się nadziwić, że przewodnicy za grube dolary prowadzą ludzi po tak nieprzyjemnej drodze, podczas gdy właściwy szlak wiódł cały dzień pięknym sosnowym lasem, wzdłuż głębokiej doliny rzeki. Nad drzewami pojawiało się zaś cały czas Dhaulagiri, czasem tylko przykrywane chmurami.

Muszę powiedzieć, że ze wszystkich ośmiotysięczników, które widziałam ten wyglądał chyba najbardziej majestatycznie i doniośle. Piętrzył się nad głęboką doliną rzeki, a jego szalenie strome ściany dawały wrażenie, że to nie góra się nad nami wznosi, a ostry kieł.

Dhaulagiri z bliska.

Teoretycznie mogliśmy nasz dzień marszu skończyć standardowo w Lete, ale poszliśmy 7 km dalej, do Ghasy. Głównie po to, by odjąć sobie kilometrów z następnego dnia i ułatwić podejście pod Poon Hill jeszcze następnego. A poza tym Artur uważa, że jak można iść, to trzeba iść do oporu. Podchodzi do tego szlaku bardzo ambitnie i sportowo. Nie zamieniłby 30 minut marszu na 30 minut kontemplacji widoków. Nic go nie boli, na nic nie narzeka, nie chce przystanków, a na zostanie w jakiejś wiosce na noc godzi się, gdy ja już się podpieram nosem ze zmęczenia. Potem i tak mi wyrzuci, że nigdy nie dochodzimy do wyznaczonego celu przeze mnie. Taki chudy, a taki robokop!

No więc dziś zagryzłam zęby i doszłam do tej Ghasy, choć ciało już czuje te wszystkie 175 kilometrów. Przed nami jeszcze trzy dni marszu i zasłużony odpoczynek.

Dzień 11. Ghasa – Tatopani – Ghara – Shikha (2009 m n.p.m.), 22,9 km

Kiedy tylko otworzyłam oczy, zobaczyłam na ścianie nade mną pająka wielkości mojej dłoni. Spodziewałam się tego. Dzień wcześniej miałam bliskie spotkanie z takim pod prysznicem. Zaczęłam krzyczeć i wołać Artura by mnie wybawił z opresji, na co on przybiegł i powiedział tylko: “O jaaaa!” i pająka obfotografował. Dobrze że wpadła właścicielka z miotłą, inaczej nie wyszłabym spod prysznica.

Bliskie spotkanie w łazience. AAA!!!

Wyruszyliśmy z Ghasy z nadzieją przejścia jak najdłuższego dystansu – celem było urwanie jak największej ilości metrów podejścia kolejnego dnia, w drodze na Poon Hill. Pierwsze cztery godziny wędrowaliśmy spokojnie przez wioski, wzdłuż brzegu rzeki, aż dotarliśmy do Tatopani. Zeszliśmy już na tyle nisko, że pogoda diametralnie się zmieniła i teraz zamiast zimna dokuczał nam już upał.

W Tatopani zrobiliśmy sobie długą przerwę na obiad po czym ruszyliśmy w stronę Ghorepani, czyli rozpoczęliśmy 1800 metrową wspinaczkę na słynny nepalski punkt widokowy Poon Hill. Po pierwszych kilkudziesięciu metrach podejścia spotkaliśmy młodego, lokalnego chłopaka, który dobrze mówił po angielsku i który miał najwyraźniej szczególną ochotę się zakolegować. Szliśmy razem po stromym szlaku, który stanowiły tak naprawdę kamienne schody, ale rozmowa jakoś odciągnęła moją uwagę od wysiłku. Dostaliśmy od niego też cztery mandarynki zerwane prosto z drzewa – przepyszne! Może nie załapaliśmy się na szczyt sezonu jabłkowego w dolinie Mustangu, za to na wzgórzach w okolicy Poon Hill trwa prawdziwy festiwal pomarańczy, mandarynek i cytryn i nawet nazbieraliśmy sobie po drodze trochę owoców leżących na ziemi. Artur uznał, że z uwagi na obfitość mandarynek, okoliczne wioski byłyby idealnym miejscem na spędzenie Świąt Bożego Narodzenia. No cóż, niestety zaplanowaliśmy je już w Kathmandu…

Czasem musimy szuakć drogi, bo tę z mapy już zmył deszcz.
Obiad w Tatopani.

Dzień 12. Shikha – Ghorepani (2820 m n.p.m.), 7,7 km

Nasze poświęcenie dwa dni wcześniej i wytrwały marsz aż do Ghasy zaprocentowały. Dzień pozniej mogliśmy dojść aż do Shikha, a przez to skrócić nasz marsz do Ghorepani o połowę. Poza tym nasz nocleg w Shihka bardzo nam się podobał. Byliśmy jedynymi gośćmi w guestousie, ale zostaliśmy podjęci po królewsku.

Wyruszyliśmy z wioski o 8 rano, mając za sobą już 880 metrów przewyższenia i do pokonania “jedynie” 1000. Co jakiś czas musieliśmy się wspinać po nierównych kamiennych schodach, co bywało dość męczące, ale poza tym szlak bardzo nam przypadł do gustu. Wiódł głównie przez wioseczki, o których świat i czas zapomniał, utworzone przez kilka kamiennych domostw, schowanych w starodrzewie. Drzewa były tu to prostu przepiękne! Wiekowe, omszałe i obwieszone porostami. Pnie powykręcane miały jak drzewa Tolkienowskiego Fangornu. Ach, w ogóle ten trekking wzbudzał u mnie tyle Tolkienowskich skojarzeń, jak chodzi o krajobrazy!

Opuszczamy wioskę Shikha.

Za plecami wyrastało nam Dhaulagiri, ale gdy dotarliśmy do Ghorepani sam szczyt, jak i wszystkie pozostałe schowane już były za grubymi chmurami. Tym samym nasz plan dzisiejszego wejścia na Poon Hill, czyli punkt widokowy, spalił na panewce. Cóż, zostawimy sobie to ostatnie wyzwanie na jutro.

Póki co od południa możemy się już delektować zbliżającym się sukcesem, jakim jest ukończenie szlaku. Odpoczywamy, myślimy co dalej, integrujemy się wokół pieca z innymi turystami. A za oknem od czasu do czasu prószy śnieg.

Dotarliśmy do Ghorepani!

Dzień 13. Ghorepani – Poon Hill (3210 m n.p.m.) – Ghorepani – Nayapul (1013 m n.p.m.) – Pokhara

Wstaliśmy jeszcze przed świtem, żeby zjeść nasze zamówione dzień wcześniej śniadanie i jak najszybciej ruszyć na Poon Hill. Kiedy zeszliśmy do stołówki, okazało się, że naszych chlebków tybetańskich jeszcze nie ma i w ogóle nikt nie wyglądał, jakby się miał w najbliższym czasie zająć ich przygotowaniem. Rozeźleni, poszliśmy szybko dopakować plecaki i poczekać na jedzenie.

Kiedy skończyliśmy i wyszliśmy już na szlak, właściwie większość turystów już schodziła z punktu widokowego. Najpopularniejsze jest wybrać się tam na wschód słońca, my nie mieliśmy takich planów, ale jednak przez opieszałość naszych gospodarzy wyruszyliśmy później niż zamierzaliśmy. Minęliśmy więc po drodze tabuny, naprawdę tabuny ludzi schodzące z Poon Hill. Gdy my tam dotarliśmy po pół godzinie intensywnego marszu okazało się, że… jesteśmy na górze właściwie sami. Nie licząc jakiegoś bezpańskiego psa, który zawsze się znajdzie w takim miejscu.

Na Poon Hill aura całkiem zimowa.

Żeby wejść na Poon Hill trzeba zapłacić dodatkową opłatę, ale najwyraźniej po wschodzie słońca strażnik już się zwinął, bo nas nikt o nic takiego nie prosił. Co ciekawe, na szczyt nie można wnosić określonych przedmiotów, np. termosów. Zaskoczeni? Cóż, w Nepalu sprawa jest prosta – na szczycie stoi budka z horrendalnie drogą herbatą. Jest bardzo zimno, większość osób chętnie ogrzałaby się herbatą… Nepalczykom hajs się musi zgadzać.

Wyszliśmy na wieżę widokową i rozkoszowaliśmy się spokojem i fantastyczną panoramą na Dhaulagiri, Annapurny i tzw. Fishtail, który wnosi się na Pokharą i dopiero z tego miejsca widać doskonale, skąd się wzięła jego nazwa.

Chmury zasłoniły ten doskonały krajobraz po jakiś 20 minutach, więc nie mieliśmy aż tak dużo czasu, żeby się nic nacieszyć, ale wystarczyło. Mgły opadające na Poon Hill też miały swój niezwykły urok. Robiło się jednak nam coraz zimniej i ruszyliśmy na dół. Po 20 minutach byliśmy znów w naszych ciepłym hostelu, rozgrzaliśmy się herbatą, zagryźliśmy słodką bułką z sąsiedniej piekarni i nie było wyboru – trzeba było schodzić w dół, w stronę Nayapul.

Szczyt Machapuchare (6993 m n.p.m.), zwany też Rybim Ogonem – to najbardziej charakterystyczna góra widoczna nad Pokharą.
Szczyt Annapurny (8091 m n.p.m.)
Annapurna (8091 m n.p.m.) po lewej i Annapurna Południowa (7219 m n.p.m.) po prawej
Dhaulagiri (8167 m n.p.m.) po lewej.
Po 20 minutach nadciągają chmury i po chwili zasłaniają całą panoramę.
Wracamy do Ghorepani.

Całą drogę w dół dziękowałam Bogu, że jednak nie musimy tędy podchodzić. Mijaliśmy mnóstwo turystów, głównie weekendowych i myślałam sobie o nich, że będzie to prawdopodobnie dzień, w którym przeklną chodzenie po górach. Trasa była szalenie stroma i musieliśmy pokonać tysiące schodów. My na szczęście w dół, co ostatecznie też dawało nam w kość, a zwłaszcza naszym kolanom, inni zaś musieli się wspinać, licząc na to pewnie, że ta mordęga niebawem się skończy. Nie kończyła się tak szybko.

Cieszyliśmy się jednak jak dzieci z tego, że to ostatni dzień i że czeka nas świętowanie naszego sukcesu. W naszym odczuciu był to bowiem sukces! Gdy zeszliśmy wreszcie do Nayapul, uścisnęliśmy się radośnie i sobie pogratulowaliśmy. Niestety, nie było na miejscu żadnej tabliczki w stylu “Gratulujemy przejścia szlaku bla bla”. Wewnętrzna radość i poczucie dumy musiały nam wystarczyć. Szybko poszliśmy na stację autobusów zorientować się, jak wyglądają nasze perspektywy na powrót do Pokhary. W zasadzie w chwili, gdy się tam zjawiliśmy, podjechał autobus z pokrzykującym chłopakiem, załadowaliśmy nasze plecaki na dach i weszliśmy do kompletnie wypchanego ludźmi pojazdu. Jechaliśmy do Pokhary, naszej spożywczej ziemi obiecanej.

Niekończące się schody.
Zmęczeni, brudni, z odmarzniętymi nosami, ale jak szczęśliwi! W Nayapul, na końcu szlaku.

Gdy już po zmroku wysiedliśmy z busika na skrzyżowaniu odległym dosyć od centrum, musieliśmy stoczyć utarczkę z taksówkarzem, który chciał z nas zedrzeć kosmiczną sumę za podrzucenie nas 2 kilometry. Podziękowaliśmy mu, a on obrażony rzucił za nami “Walking is free”. Co by nie mówić, miał rację, a nam 2 kilometry różnicy nie robiły. Po drodze zaś w pierwszym sklepie spożywczym daliśmy upust naszym fantazjom i nakupiliśmy zdecydowanie za dużo jedzenia!

Ucztowaliśmy w słynnym Godfather’s Pizza, zajadając całkiem niezłą jak na Azję pizzuszką, choć ja – objedzona pizzą za wszystkie czasy w Norwegii, gdzie prawdziwi Włosi robili ją naprawdę niezłą, trochę grymasiłam. Wznieśliśmy toast piwkiem i dobiliśmy jeszcze veggie burgerem zjedzonym na pół.

Ucztowanie!

Wtoczyliśmy się zmęczeni, brudni, ale bardzo szczęśliwi do naszego nowego hostelu i wiedzieliśmy, że możemy się wyspać do woli. Co za fantastyczne uczucie!

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *