Góry,  Nepal

Annapurna Circuit – pamiętnik z przejścia szlaku. Część 1.

Przyjeżdżając do Nepalu, mieliśmy jeden cel – wybrać się na porządny trekking. Prawdę mówiąc, nie szukaliśmy za wszelką cenę jakiś awangardowych tras, bo wychodzimy z założenia, że miejsca popularne są z reguły popularne jednak z jakiegoś powodu – z reguły takiego, że są naprawdę warte odwiedzenia. Właściwie wahaliśmy się tylko między Annapurna Circuit a Everest Base Camp, ale szybki przegląd w Internecie utwierdził nas w przekonaniu, że to ten pierwszy szlak to coś dla nas.

Podczas tego jednego z najbardziej popularnych trekkingowych szlaków świata, postanowiłam każdego dnia na bieżąco notować nasze wrażenia i detale z trasy. Poniższy zapis nie może służyć jako przewodnik, ale myślę, że w niezły sposób oddaje klimat szlaku oraz to, czego na nim doświadczyliśmy przez wyjątkowo intensywne 13 dni.

Postanowiliśmy podejść do tematu ambitnie i przejechać autobusem tylko pierwsze 13 km szlaku, kolejne 220 pokonując już wyłącznie pieszo. Dziś żałujemy nawet pominięcia tych pierwszych kilkunastu i wiemy, jak wiele tracą ci, którzy aż kilkaset kilometrów pokonują w jeepach, od razu zabierając się za atak przełęczy Thorong La (5416 m n.p.m.).

Zapraszam Was do wspólnej wędrówki przez Himalaje, do zapisu tych tysięcy postawionych kroków, z 820 m n.p.m. aż na 5416 i potem z powrotem na 1013, gdzie będę tracić dech na stromych podejściach i jęczeć z bólu przy niekończących się zejściach. Opowiem Wam o uśmiechniętych nepalskich staruszkach, majestatycznych jakach pasących się na odległych stokach i dzwoneczkach nieustannie obracanych buddyjskich mantr. Od prażącego słońca do zimno przenikające do kości. Zaczynamy!

Dzień 1. Besisahar (820 m n.p.m.) – Nadi Bazar – Jagat (1290 m n.p.m.), 15 km

Dotarliśmy autobusem do Besisahar i z pomocą milej pani Nepalki znaleźliśmy się w niezłym i tanim hotelu Gangapurna. Rano wstaliśmy skoro świt, by złapać pierwszy autobus do Nadi Bazar. Gdy jeszcze przed 7:00 szukaliśmy autobusu, okazało się jednak, że mogliśmy sobie spać spokojnie, bo wyjechaliśmy dopiero po 8:00.

Ostatnia masala tea i ruszamy na szlak.

Urwaliśmy w ten sposób pierwsze kilkanaście kilometrów szlaku i znaleźliśmy się od razu na całkiem miłej ścieżce trekkingowej. “Boże, jak tu cicho!” – zamiast huczących indyjskich klaksonów i wszechobecnego rumoru tylko szu, rzeki. Artur powiedział, że przyjechaliśmy na wakacje od Indii.

Wędrowaliśmy przez małe, kolorowe wioseczki, wyjątkowo piękne. Domy kolorowe, wokół kwiaty, czysto. Ludzie też kolorowi i uśmiechnięci, pozdrawiający nas wszyscy “Namaste!”.

Minęliśmy kilka wodospadów, tarasy uprawne, na których gdzieniegdzie trwały jeszcze sianokosy. Przygotowania do zimy idą pełną parą. Ale tu zimy nie czuć. Strój mieliśmy zupełnie letni, a i tak pot spływał nam po plecach. Mijaliśmy palmy i skrzeczące małpy – “himalajskie” Himalaje dopiero przed nami.

Przemaszerowaliśmy pierwsze 15 kilometrów i zameldowaliśmy się na noc w wiosce Jagat. Pokój jest za darmo, ale trzeba obowiązkowo kupić kolację i obiad. Posiłki w cenach szalonych. Albo schudniemy albo schudną nasze portfele.

Początek szlaku. Ruszamy!

Dzień 2: Jagat – Tal – Danagyu (2300 m n.p.m.), 20,6 km

Wstaliśmy chwilę po 6:00, o 7:00 zjedliśmy śniadanie. Dostaliśmy chleb tybetański z serem. Ten chleb to taki niesłodki pączek. Sera było tyle, jakby dla dekoracji. Pan się bardzo oburzył, że mu zwróciłam na to uwagę, no ale kurcze, śniadanie za 10 zł mogłoby wyglądać lepiej. Sera dosypał. Dla oszczędności herbatę zrobiliśmy sobie sami w pokoju. Kupienie metalowego kubka i grzałki zwróciło się z nawiązką już po pierwszym dniu. Na herbatę trzeba tu uważać i nie zamawiać z rozpędu, bo np. duży dzbanek herbaty z mlekiem kosztuje 1200 rupii, czyli 40 zł!

Bardzo mi się podoba ten rytm – wczesna kąpiel, wczesna kolacja, szybko spać i wstać ze świtem. Zaproponowałam Arturowi, że może utrzymamy ten nawyk w dalszej części naszej podróży. Usłyszałam tylko: “Po moim trupie”.

Wyruszyliśmy i wędrowaliśmy najpierw drogą przez kolejne wioseczki. Szybko pomyliliśmy trasę i zamiast wejść na szlak, zostaliśmy na drodze dla aut. W sumie wyszło nam to na dobre, bo jakoś tak systematycznie nabieraliśmy wysokości zamiast podejść raz bardzo wysoko przed Tal. Poza tym napatrzyliśmy się na piękne wodospady, a jeden właściwie spadał tuż nad nami.

Widoki nie były jakieś spektakularne. Ot, dolina z przepiękną niebieskawą rzeką, strome zbocza, wodospady, wioski otoczone bujną zielenią. Żadnych szalonych widoków i żadnych dramatycznych ośnieżonych szczytów czy polodowcowych jezior, a jednak ja krajobraz ten ujął mnie kompletnie i zachwycał bez reszty na każdym kilometrze.

Wędrowaliśmy nieustannie raz do góry raz w dół, raz heroiczne zdobywający wysokość, po chwili znów ją tracąc, ale szło się dobrze. Po pierwszych trzech godzinach zatrzymaliśmy się na obiad w Tal. Postanowiliśmy jednak co jakiś czas jeść obiad. Nie żałowaliśmy, tym razem jedzenie było znacznie lepsze niż w naszym miejscu noclegu.

Plan zakładał dojście do Timang, ale siły powoli zaczęły ze mnie opadać. Mieliśmy już w nogach 20 km i całe mnóstwo przewyższeń. Następne solidne podejście, do Timang, ponad 500 m zostawiamy sobie jednak na jutro.

Opuszczamy Tal.

Dzień 3: Danagyu – Chame – Dhikur Pokhari (3060 m n.p.m.), 21,1 km

Widok na Manaslu z Timang.

Na śniadanie naleśnik z jabłkiem i miodem, dla Artura zupa warzywna, która okazała się zupką chińską, ale nie narzekał. Dzień zaczęliśmy od dosyć męczącego, godzinnego podejścia do Timang. Kiedy już się tam jednak wydrapaliśmy, mogliśmy się napatrzeć na potężne i zwaliste Manaslu. Kupiłam u pana w sklepiku 4 podrobione czekoladki i paczkę ciasteczek za jedyne 8 zł i poszliśmy dale

Opuściliśmy już bambusowe zarośla, które ustąpiły miejsca sosnowym lasom. Hindusi ustąpili zaś miejsca buddystom, coraz więcej gomp i modlitewnych mantr.

Wioska Timang.

Doszliśmy koło południa do Chame. Spora wioska, sklepy, nawet maleńki bank mieli. Sprawdziliśmy nasze permity w budce, obok pan sprzedawał samosy. 50 rupii za sztukę. Kupiliśmy po dwa, świetnie zastąpiły nam obiad.

Wędrowało mi się ciężko, plecak ciążył, na każdym podejściu zadyszka. Wiadomo – trzeci dzień, klasyczny dzień na kryzys. Jutro będzie już pewnie łatwiej, plecak zrośnie się z ciałem i stanie się niezauważalny, a marsz będzie naturalny jak oddychanie. Przynajmniej dopóki nie zaczniemy walczyć z wysokością, bo wtedy znów wszystko będzie trudne.

W drodze do Dhikur Pokhari.
Pierwszy raz na trasie widzimy masyw Annapurny!

Zatrzymaliśmy się w wiosce Dhikur Pokhari, w jedynym guesthous’ie, gdzie było gniazdko w pokoju. To ważne, bo w ten sposób możemy sobie robić nasza budżetową herbatę z grzałki i oszczędzać w ten sposób krocie! Polak na wakacjach, a co!

Dzień 4: Dhikur Pokhari – Upper Pisang – Ghyaru – Braga (3650 m n.p.m.), 20,2 km

Wstaliśmy, gdy było jeszcze ciemno, zjedliśmy śniadanie drżącymi z zimna rękami i ruszyliśmy szybko przed siebie. Energiczny marsz przez godzinę i dotarliśmy do Upper Pisang. Po tym czasie rozgrzały nas też pierwsze promienie słońca i wszystko od razu się zmieniło! Przeżyliśmy wystrzał endorfin i dostaliśmy nowej energii. Patrzyliśmy na wznoszący się przed nami gigantyczny masyw Annapurny też oblewany tymi pierwszymi promieniami słońca.

Słońce wstaje nad doliną, a my już w drodze.
Od Upper Pisang widok Annapurny towarzyszy nam już niemal cały czas.
Nepalskie staruszki dźwigają pod górę takie kosze! Od razu nasze plecaki wydają nam się lekkie…

Za Upper Pisang nadszedł czas na najtrudniejszy etap tego dnia – godzinną wspinaczkę do Ghyaru. Każde z nas ruszyło swoim tempem, pokonując z mozołem kolejne zakręty serpentyny, która zdawała się nie mieć końca. Na tym odcinku spotkaliśmy już całe mnóstwo turystów. Tylko jednemu dałam się jednak wyprzedzić na tym podejściu, zostawiając wszystkich w tyle! To dodało mi wiary w siebie i przekonało, że to jednak nie ja jestem taka powolna, tylko Artur tak nad wyraz szybki, że zawsze zostawia mnie w tyle.

Spotkaliśmy się przed buddyjską świątynią tuż u wejścia do Ghyaru. Napawaliśmy się chwilę widokiem Annapurny i rozległej doliny u naszych stóp. Potem przenieśliśmy się kilkadziesiąt metrów dalej i na tarasie wypiliśmy herbatę z mlekiem i zjedliśmy po pierogu z jabłkami.

Widok Annapury z Ghyaru.

Dalszy marsz był dosyć łatwy i szalenie malowniczy. Trawersowaliśmy zbocze, cały czas wpatrując się w stoki Annapurny po przeciwległej stronie doliny. Słońce nas ogrzewało, wiał delikatny wiatr – idealna pogoda.

Ngawal, kolejna wioska na trasie ogromnie mi się podobała. Kamienne domy, wąskie uliczki, powiewające buddyjskie flagi i kołowrotki z mantrami mijane po drodze. Z Ngawal wybraliśmy łatwiejszą drogę do Bragi, rezygnując z kolejnego podejścia i przejścia grzbietem, a wybierając niżej położoną, szeroką ścieżkę. Chcieliśmy odjąć sobie kilometrów i oszczędzić sił po dosyć długich i wymagających ostatnich dniach.

Wioska Ngawal.
Buddyjskie mantry wyryte w kamieniach.

W Munchi zatrzymaliśmy się jeszcze, by kupić kawałek sera z mleka jaka. Tylko 100 g, bo kosztowało to aż 200 rupii (7 zł). Ser był pyszny, twardy, trochę jak parmezan, ale jednak inny. Może jeszcze uda nam się po drodze go spróbować.

Zameldowaliśmy się w hoteliku Old Yak w Braga. Od razu widać, że na szlak weszły osoby, które dojechały do kolejnych wiosek – głównie do Chame. Jest tłocznej, mijaliśmy cały dzień grupy turystów idących z lekkimi plecakami, za to w towarzystwie objuczonych Nepalczyków. A my sobie sami wędrujemy, własnym rytmem, we własnym tempem i bardzo nam się to podoba!

Pod koniec dnia docieramy do Bragi.

Dzień 5: Braga – Ice Lake (4600 m n.p.m.) – Braga – Manang (3519 m n.p.m.), 15 km

Ten dzień przeznaczyliśmy na trekking aklimatyzacyjny do jeziora Ice Lake. To bardzo popularny sposób, żeby nabrać dużej wysokości i przyzwyczaić organizm do tego, co się będzie działo potem.

Do przejścia mieliśmy aż 1100 metrów w pionie, ale jakoś nas ta myśl nie przerażała. Cieszyło natomiast ogromnie to, że będziemy mogli tego dnia wędrować bez plecaków! Mimo takiego przewyższenia i konieczności pokonania 13 kilometrów to dzień jednak mogliśmy potraktować jako odpoczynek!

Po kolejnym naleśniku na śniadanie (tym razem z  jabłkami) ruszyliśmy w drogę o 8:00. Minęliśmy potężną i starą gompę w Bradze i zaczęliśmy się wspinać. Jeszcze na wysokości wsi dołączyły do nas cztery psy. Pyszczki miały bardzo wesołe, merdały ogonami i najwyraźniej miały ogromną ochotę iść z nami. Po kilkuset metrach zostały z nami tylko trzy, ale wydawały się bardzo zdeterminowane. Zatrzymywały się zawsze tam gdzie my, ruszały razem z nami i za każdym razem patrzyły na nas zawadiacko. Nazwaliśmy je: Misiek, Niuniek i Czubaka. Szedł jeszcze Bosman, ale jak wspomniałam, szybko zrezygnował.

Świątynia w Bradze.
Po lewej Niuniek, przy Arturze Misiek, a na pierwszym planie Czubaka.
Dolina z wsią Braga.

Misiek był najbardziej ambitny, bowiem sprawne mi tylko trzy łapy, a i tak nie odstawał od kolegów. Psy w ogóle się uwielbiały, przytulały, lizały i ewidentnie było widać, że to najlepsi przyjaciele.

Wspinaliśmy się coraz wyżej a im ani w głowie było nas zostawić. Po godzinie zatrzymaliśmy się, żeby sprawdzić, jak nam idzie zdobywanie kolejnych metrów i wtedy dołączyli do nas znajomi z New Yak Hotel: Australijczyk ze swoim porterem i dwóch Holendrów. Od tej pory wędrowaliśmy do Ice Lake razem. No i oczywiście Misiek, Niuniek i Czubaka.

Idziemy coraz wyżej, a psy ani myślą zawrócić!

Pogoda była wyśmienita. Z każdym krokiem wznosiliśmy się nad doliną, a przed nami piętrzył się cały potężny masyw Annapurny. Mogliśmy też zerkać w tył i zobaczyć okolice Upper Pisang, które minęliśmy jakiś czas temu i chowające się gdzieś za bliższymi szczytami Manaslu.

Szlak był męczący, trzeba było piąć się nieustannie w górę, ale szło jakoś wyjątkowo gładko. Może to dobre towarzystwo, może brak plecaka, może świadomość, że trzeba iść powoli żeby organizm miał szansę się przyzwyczaić do wysokości, a może po prostu oszałamiająca panorama sprawiły, że nie była to droga przez mękę.

Po 4 godzinach stanęliśmy nad brzegiem częściowo zamarzniętego Ice Lake, zobaczyliśmy stado pasących się jaków i mogliśmy wreszcie zjeść drugie śniadanie. Wtedy też miłość i uwaga Czubaki, Miśka i Niuńka objawiły się najpełniej. Były bardzo zainteresowane naszymi bułkami, a my – no cóż, musieliśmy się podzielić przecież z towarzyszami drogi. Niestety, okazało się że nasi czworonodzy przyjaciele byli sprzedajni. Gdy do jeziora dotarli kolejni turyści, psy zostały i już z nami na dół nie wróciły…

Pierwsze jezioro – to jeszcze nie Ice Lake!
Ice Lake.

Rozdzieliła się też nasza grupa i drogę w dół pokonaliśmy już sami. Dziwiliśmy się przy tym ogromnie, skąd mieliśmy w sobie tyle siły, by te wszystkie zakręty i zygzaki przejść w górę. Dotarliśmy do naszego hotelu o 15:00, zjedliśmy pyszną zupę cebulową (według Neplaczyków chroni przed chorobą wysokościową!) i przeszliśmy pół godziny dalej, do sąsiedniej wioski – Manang.

Odtąd już tylko drogą piesza, żadnych jeepów i dróg na skróty – teraz już wszyscy na własnych nogach będą musieli pokonać trasę do przełęczy Thorong La. Czujemy, że po ostatnich dniach jesteśmy dobrze zaprawieni w boju!

Dzień 6: Manang – Yak Kharka – Ledtar (4250 m n.p.m.), 11,5 km

Wiedzieliśmy, że nie musimy się spieszyć, więc postanowiliśmy rozpocząć marsz dosyć późno, tak by już cieszyć się promieniami słońca. Tym razem to nie dystans ani przewyższenie miało być najtrudniejszym elementem dnia, ale wysokość.

Spokojnie maszerowaliśmy 12 kilometrów, by wysłać się 700 metrów w górę do wioski Ledtar. Po drodze towarzyszyły nam wspaniałe widoki na masyw Annapurny, ścieżka była też na tyle przyjemna i łagodna, że mogliśmy nacieszyć nimi oczy.

W Yak  Kharka urządziliśmy poszukiwanie sera z mleka jaka, ale ceny nas bardzo skutecznie odstraszały. Zapytaliśmy, czemu ten ser jest taki drogi, przecież mają tu jaki i nie muszą go importować. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że… ser przywożonych jest z Kathmandu, stąd jego cena… Szalony koncept.

Dzień skończyliśmy wcześniej, bo już o 14:00. Zrobiliśmy szybkie pranie w lodowatej wodzie i skupiliśmy się na akumulacji sił na kolejny, najtrudniejszy dzień i dojście do High Camp.

Wioska Ledtar, w której spędzamy noc.

Dzień 7. Letdar – Thorung Phedi – High Camp (4900 m n.p.m.), 6 km

Zachód słońca w High Campie.

Wiedzieliśmy, że to będzie krótki, ale intensywny dzień, więc postanowiliśmy zacząć później i zamówiliśmy śniadanie na 7:00. Noc była dla nas jednak wyjątkowo ciężka, budziliśmy się, nie mogliśmy spać… Gdy budzik zadzwonił chwilkę przed 7:00 nie mieliśmy jeszcze siły by zaczynać dzień. Zeszłam na dół, do stołówki i okazało się, że nikt się tam jeszcze nie krząta i nie pracuje, więc nie było szans na nasze śniadanie. Wróciłam do łóżka i cieszyłam się ciepłem śpiwora jeszcze przez godzinę.

Na śniadanie znów naleśnik (pyszny zresztą), kupiliśmy też do kanapek ser z mleka jaka. Okazało się, że to chyba żaden specjalny ser, a po prostu zwykły, dobry żółty ser, bo smakował normalnie, a nie tak wyśmienicie jak ten którego próbowaliśmy już wcześniej. Z jakiekolwiek mleka jednak był, cieszył nas bardzo, bo za serem zdążyliśmy się ogromnie stęsknić po Pakistanie i Indiach.

Ruszyliśmy w stronę pierwszego przystanku, jakim miał być obóz Thorung Phedi. Mieliśmy do niego jedynie 200 metrów przewyższenia i niezbyt długi dystans. Szlak wiódł raczej łagodnym trawersem, od czasu do czasu musieliśmy tylko trochę podejść, a wtedy brakowało mi tchu błyskawicznie. Szłam wiec powoli, swoim tempem, by nie dać się wysokogórskiej zadyszce.

Jedyny przystanek na trasie przed Thorung Phedi. Artur zachwycony towarzystwem tego grubiutkiego psa!

Po pewnym czasie przyszło nam przekroczyć most tuż nad powierzchnią rzeki, co sprawiło, że zeszliśmy prawie na dno doliny. Chwilę trwało zanim znów się wydrapaliśmy na konkretną wysokość i ruszyliśmy wzdłuż zbocza.

Po trzech godzinach spokojnego marszu i licznych przystanków doszliśmy do Thorung Phedi. Zostaliśmy w klimatycznej knajpce na trochę, pijąc herbatę i jedząc tutejsze rozwodnione zupy za horrendalne pieniądze. No ale człowiek w takich górach nie może chodzić głodny. Przegryzaliśmy do nich nasz pyszny ser i po godzinie byliśmy gotowi do dalszej drogi

Wiedzieliśmy, że ma to być krótki, ale męczący odcinek. Godzinna wspinaczka na 4900 m. Powoli zaczęliśmy wznosić się zakosami w górę zbocza, nie pozwalając naszym ciałom zorientować się, że oto jesteśmy coraz wyżej, a tlenu coraz mniej. Gdy naszym oczom ukazały się zabudowania High Campu baterie w nogach jakby się wyczerpały i ostatnie metry podejścia do drzwi recepcji okazały się najtrudniejsze!

W High Campie spotkaliśmy całe mnóstwo osób, część też znajomych twarzy. Byli tu też dwaj Anglicy, z którymi zakolegowaliśmy się na poprzednim noclegu – Harry i Tom. Poznaliśmy ich kolegów – Seana i Chrisa oraz Tomasa z Argentyny i dwie amerykanki – Katie i Alice, matkę i córkę.

Resztę popołudnia spędziliśmy na wspólnych rozmowach i graniu w karty. Było bardzo wesoło. O 17:30 wkroczyło jedzenie – kluczowy moment każdego dnia na szlaku! Potem jeszcze trochę gry i o 20:00 wszyscy rozeszli się do łóżek. To będzie zimna noc, ale jutro – jeszcze tylko 500 metrów w górę i staniemy na przełęczy, z której drogą będzie już wiodła tylko w dół!

Powolna droga w stronę High Campu.
Podejście do ostatniego, najwyższego obozu na trasie.
Wreszcie High Camp!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *